Reklama

Wokół białej księgi smoleńskiej tragedii

Ośmieszanie prawdy

W Białej Księdze zebrano niepodważalne dokumenty ze śledztwa smoleńskiego. Analizujemy fakty i wnioski, które były najbardziej wyśmiewane przez opinię publiczną

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Podczas prezentacji ustaleń zespołu parlamentarnego zawartych w tzw. Białej Księdze politycy PiS używali niemal identycznych sformułowań z tymi, którymi posługiwali się wcześniej eksperci komisji min. Jerzego Millera. Gdy w styczniu 2011 r. na konferencji mówiono, że wieża kontroli lotów wprowadzała polską załogę w błąd, nikt nie wyzywał wojskowych lotników od chorych psychicznie maniaków. Jednak kiedy to samo powtórzył Antoni Macierewicz, od razu posypały się komentarze dewaluujące całość ustaleń zespołu parlamentarnego pod jego kierownictwem.
Szeroko zakrojona nagonka medialna rozpoczęła się tuż po publikacji Białej Księgi. Jednak jedynym „merytorycznym” błędem, jaki udało się na gorąco wykryć redakcji TVN, miał być rzekomy rosyjski lider na pokładzie samolotu, który leciał do Smoleńska z premierem 7 kwietnia. - Nie było przecież lidera lecącego razem z Donaldem Tuskiem. Czemu w Księdze wypisywane są wprost kłamstwa? - pytała na antenie TVN24 oburzona red. Justyna Pochanke. Wystarczy jednak zweryfikować twierdzenie Pochanke, by zobaczyć, że to ona mijała się z prawdą. W Białej Księdze nie ma bowiem ani słowa o liderze w rządowym tupolewie. To tylko jeden z przykładów manipulacji, jakie można zobaczyć na co dzień także w wielu innych mediach.
Z tego typu opiniami zupełnie nie zgadza się jednak ekspert magazynu „Lotnictwo”. - Choć komentarz posła Macierewicza podczas konferencji był czasem zbyt emocjonalny i publicystyczny, to jednak nie oznacza to, że cały dorobek zespołu jest falsyfikatem. Przecież opublikowano autentyczne dokumenty, które mówią same za siebie - podkreśla Krzysztof Zalewski.

Czarno na białym

Reklama

Podczas konferencji prasowej Jarosław Kaczyński powiedział, że główną winę za katastrofę ponosi strona rosyjska. - Oni są obciążeni winą za bezpośrednie przyczyny tej tragedii, a polski rząd jest winny tego, że temu nie zapobiegł. Gdyby nie zachowanie Rosjan, to zaniedbania po polskiej stronie nie doprowadziłyby do śmierci elity naszego kraju - podkreślił prezes PiS. Czarno na białym potwierdzają to zaprezentowane w Białej Księdze dokumenty. Wynika z nich, że kontrolerzy złamali rosyjskie prawo lotnicze. - Gdyby zamknęli lotnisko, nie byłoby kolejnych błędów i w konsekwencji katastrofy - mówi Zalewski.
Rosyjskim „majstersztykiem” - według dokumentów - było też przejęcie śledztwa. Przez pierwsze trzy dni badania przyczyn katastrofy polscy eksperci byli dopuszczani do wraku i innych dowodów. Skończyło się to w chwili, gdy rząd zgodził się na załącznik 13. konwencji chicagowskiej i przekazanie badania przyczyn katastrofy MAK-owi. Konsekwencją tego było szybkie wyproszenie polskich śledczych ze Smoleńska, a efektem - rosyjski raport, w którym całą winą za spowodowanie katastrofy obarczeni zostali polscy piloci, naciskani przez „pijanego” generała. Natomiast konsekwencje za ten skandaliczny raport - według Białej Księgi - powinien ponieść polski rząd. Profesor prawa Krystyna Pawłowicz tłumaczyła to m. in. na posiedzeniu zespołu parlamentarnego. - Zachowaliśmy się tak, jakbyśmy powiedzieli do chłopa: choć jesteś współodpowiedzialny za śmierć mojego ojca, to jednak zbadaj tę sprawę, bo ci dobrze z oczu patrzy - mówi prof. Pawłowicz. - To było jednak działanie na szkodę Polski, którego dziś ponosimy konsekwencje.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

15 metrów nad ziemią

Reklama

Największą histerię mediów wywołała jednak informacja o tym, że „samolot został obezwładniony 15 metrów nad ziemią”. Wniosek ten wynika z raportu niezależnych amerykańskich ekspertów, którzy badali komputer pokładowy (FMS) w USA. Jest to jedyny dowód (poza tzw. polską czarną skrzynką ATM), który został zbadany poza Rosją. - Nie zgadzają się też współrzędne geograficzne ustania pracy komputera z miejscem katastrofy ustalonej przez MAK. Różnica ta wynosi ok. 400 m. Wiemy to, bo FMS automatycznie zapisuje w ostatniej fazie pracy współrzędne geograficzne, wysokość i parametry lotu - tłumaczy Krzysztof Zalewski.
Hipotetycznych odpowiedzi jest kilka. Przerwanie pracy komputera mogło nastąpić na skutek katastrofy, ale wówczas okazałoby się, że samolot rozbił się nad ziemią oraz w innym miejscu, niż wskazali Rosjanie. Kolejna teoria głosi, że przed katastrofą doszło do awarii zasilania. Jednak to powinno zostać odnotowane na wykresach odczytanych z czarnych skrzynek oraz polskiego rejestratora ATM. - Trzecia wersja mówi o tym, że komputer pokładowy przestał działać, bo znacznie przekroczone zostały parametry eksploatacyjne samolotu. W ostatniej fazie lotu tupolewa doszło do przeciążenia, którego komputer nie był wstanie zdefiniować. To, co się działo z samolotem, znacznie wykraczało poza algorytm wprowadzony do oprogramowania FMS. Komputer nie mógł tych danych zinterpretować i mógł się wyłączyć - tłumaczy ekspert magazynu „Lotnictwo”.
Według danych, które zostały odczytane z czarnych skrzynek, w ostatniej fazie lotu doszło do tzw. przeciążenia dynamicznego. Choć pilot odruchowo pociągnął za ster, to jednak samolot nie miał wystarczającej prędkości i siły nośnej, by wznieść się w górę. - Znacznie przekroczony został tzw. kąt natarcia - wyjaśnia Zalewski. Mimo że dziób samolotu został uniesiony w górę, to jednak nie mógł się poderwać, opadał, aż w końcu uderzył w przeszkodę.

Nie na kursie, nie na ścieżce

Reklama

Choć ostatnia faza lotu nadal jest tylko hipotezą, to jednak z całą stanowczością można powiedzieć, że nie doszłoby do tak dramatycznej próby poderwania tupolewa, gdyby lotnisko zostało zamknięte, a piloci nie byli wprowadzani w błąd przez wieżę kontroli lotów (te same wnioski podała komisja Millera). Ostatnia informacja „na ścieżce i na kursie” padła, kiedy samolot znajdował się 20 m pod ścieżką i 80 m obok prawidłowego kursu. -
Z wykresów widać, że tupolew tylko przez kilka chwil znajdował się na prawidłowej ścieżce, a w rzeczywistości był nad nią, a później pod ścieżką - tłumaczy Zalewski. Takie podchodzenie samolotu do lotniska nie mieściło się w tolerancji nawet tak prymitywnych urządzeń, jak te ze Smoleńska. Dlatego też Rosjanie zakamuflowali ten fakt i podczas wyjaśniania zastosowali dwa typy ścieżek o różnym kącie podejścia. Manipulacja polega na tym, że w zależności od tego, w którym miejscu znajdował się tupolew, stosowane był różne kąty podejścia. Gdy na prezentacji MAK samolot był za wysoko, stosowali „wyższą” ścieżkę, a gdy opadał - „niższą”. W ten karkołomny sposób Rosjanie próbowali udowodnić, że kontrolerzy mieli prawo podawać: „na kursie, na ścieżce”. Zgodnie z ich logiką, Polacy podczas lądowania mieliby jednocześnie korzystać z dwóch różnych ścieżek.
Tak fatalne naprowadzanie samolotu można wyjaśnić jedynie tym, że kontrolerzy mieli niesprawny sprzęt lub celowo oszukiwali pilotów. Jednak zarówno pierwszy wariant, jak i ewentualnie drugi, jest dla nas tajemnicą. Nie mamy bowiem nagrań wideo (według relacji Edmunda Klicha, nagrania były), które rejestrowały obraz monitorów z wieży. Polska strona nie otrzymała też żadnej dokumentacji stanu technicznego sprzętu zamontowanego na lotnisku. Kluczowym dowodem w tej sprawie mogła być obserwacja tzw. oblotu technicznego lotniska tuż po katastrofie, kiedy to bada się zachowanie naziemnych urządzeń naprowadzających oraz przyrządów w samolocie. Polski akredytowany przy MAK nie został jednak dopuszczony do tej procedury, co było naruszeniem konwencji chicagowskiej. Powtórzenie eksperymentu jest już niemożliwe. Pozostaje nam więc przyjąć na słowo rosyjską wersję tego, jak mógł się zachowywać sprzęt na lotnisku 10 kwietnia 2010 r.

Generał kazał sprowadzać

Raport MAK był dopasowany do z góry założonej tezy, że całą winę za katastrofę ponoszą piloci. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest zatarcie w stenogramach komendy „odchodzimy”, którą wypowiedział kapitan Arkadiusz Protasiuk. - Pozostałe nieodczytane słowa w rosyjskich stenogramach zaznaczone były dokładnym czasem i adnotacją: „niezrozumiałe”. Słowa kapitana nie miały nawet takiej adnotacji. - To jest koronny dowód na celowe fałszerstwo - uważa Zalewski. - Jeżeli w raporcie MAK jest teza, że piloci lądują do ostatniej chwili, aż się rozwalą o ziemię, a w stenogramie widać, że podjęli wcześniej decyzję o odchodzeniu, to sypie się całkowicie rosyjska historia wydarzeń.
To fałszerstwo udało się odkryć dopiero polskim ekspertom. Dzięki nim okazało się, że piloci nie zamierzali lądować w Smoleńsku. Chcieli jedynie zniżyć się do wysokości decyzji, by potwierdzić to, co mówili im kontrolerzy z wieży. Dlaczego? - Są dwa typy lotnisk: lotnisko otwarte, na którym można lądować, i zamknięte, na którym lądować nie można. Polscy piloci mieli przed sobą ten drugi typ lotniska i dlatego musieli udowodnić, że w Smoleńsku nie ma warunków do lądowania, aby później spokojnie odlecieć na lotnisko zapasowe lub wrócić do Warszawy - tłumaczy Zalewski.
Przypomnijmy także, że kontrolerzy ze Smoleńska chcieli zamknąć lotnisko, jednak otrzymali z Moskwy jednoznacznie brzmiący rozkaz: „sprowadzać”. Było to pogwałcenie standardów i przepisów międzynarodowego prawa lotniczego. Winę za to ponosi tajemniczy generał z Moskwy.

Awaria autopilota?

Komenda „odchodzimy” padła na wysokości nieco poniżej 100 m względem pasa lotniska. Piloci mogli więc wyprowadzić jeszcze samolot. Dlaczego doszło do katastrofy? Miejmy nadzieje, że przybliżymy się do prawdy po opublikowaniu pełnego polskiego raportu. Na razie jedna teoria - lansowana przez MAK - mówi o tym, że piloci popełnili błąd, odchodząc w autopilocie, który nie mógł działać na lotniskach bez systemu naprowadzania ILS. Jednym z dowodów na to miał być eksperyment przeprowadzony na symulatorze lotów w Moskwie. Nasze tupolewy były jednak wielokrotnie modernizowane i wersja tych symulatorów znacznie się różni. Poza tym polscy piloci najprawdopodobniej wiedzieli, że autopilot powinien działać również na lotniskach bez ILS-u. Wielokrotnie bowiem lądowali w bardzo różnych warunkach.
Jednak w Smoleńsku problemem dla autopilota mogła być duża szybkość zniżania lotu - zamiast 4 m/s, opadali z prędkością ok. 8 metrów. Winę za to również ponoszą kontrolerzy lotów, którzy błędnie informowali pilotów, co do odległości samolotu od lotniska. Skutkiem tej informacji było podjęcie próby skorygowania lotu. Ostateczne wątpliwości, czy można było wyjść na autopilocie z tej sytuacji, rozwiać miał eksperyment polskiej komisji na bliźniaczym tupolewie nr 102. Jeżeli próba odejścia w automacie powiodła się, to najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy mogła być awaria autopilota. Teoria ta jest wzmocniona faktem wcześniejszych usterek tego urządzenia.
Medialna krytyka Białej Księgi osłabiła przekaz, który jest oparty na niepodważalnych faktach. Pozostaje więc tylko pytanie: Komu na tym mogło zależeć? Przecież to właśnie dzięki pracy zespołu parlamentarnego mieliśmy po raz pierwszy do czynienia z kompleksowym pokazaniem wszystkich skandalicznych działań rosyjskich i zaniedbań polskich władz związanych z przygotowaniami do wizyty polskiego prezydenta w Katyniu, badaniem przebiegu katastrofy oraz fałszowaniem rzeczywistości po niej.

2011-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ponad 600 kapłanów na piłkarskim Pucharze Wiary w Kolumbii

2026-09-06 19:30

[ TEMATY ]

Kolumbia

Vatican Media

Od 7 do 11 września w Medellín odbędzie się 11. edycja Copa de la Fe (Puchar Wiary) – turnieju piłkarskiego katolickiego duchowieństwa z Ameryki Łacińskiej. W rozgrywkach wezmą udział kapłani z różnych regionów Kolumbii oraz z Wenezueli, Ekwadoru, Meksyku i Kostaryki. Organizatorzy podkreślają, że spotkanie ma być nie tylko okazją do sportowej rywalizacji, ale przede wszystkim czasem braterstwa, ewangelizacji i spotkania z lokalnymi wspólnotami.

Copa de la Fe należy do najważniejszych wydarzeń sportowo-ewangelizacyjnych w Kolumbii. Tegoroczna, jedenasta edycja odbędzie się na terenie archidiecezji Medellín, która po raz pierwszy będzie gospodarzem tego wydarzenia.
CZYTAJ DALEJ

Władze Kanady zakazują kapelanom wojskowym mówić o Bogu w wystąpieniach publicznych

2026-09-06 15:22

[ TEMATY ]

wiara

Kanada

Vatican Media

Nowe wytyczne dla Kanadyjskich Sił Zbrojnych ograniczają możliwość odwoływania się do Boga podczas oficjalnych wydarzeń. Ordynariusz wojskowy Kanady bp Scott McCaig ostrzega, że sprawa wykracza daleko poza wojsko. Jego zdaniem może stać się precedensem dla określenia miejsca religii w przestrzeni publicznej.

Nowe przepisy zostały opublikowane 29 lipca. Obejmują nie tylko kapelanów wojskowych różnych wyznań, ale także inne osoby prowadzące refleksje duchowe podczas oficjalnych wydarzeń związanych z działalnością państwa. Mają one powstrzymywać się od języka odwołującego się do Boga.
CZYTAJ DALEJ

Leon XIV wobec kultury śmierci. Francja sprawdzianem pontyfikatu

2026-09-07 10:13

[ TEMATY ]

Francja

Papież Leon XIV

kultura śmierci

sprawdzian pontyfikatu

PAP

Papież Leon XIV

Papież Leon XIV

Obrona życia może stać się jednym z ważniejszych wyzwań pontyfikatu Leona XIV. Papieska wizyta we Francji, która pod koniec września odbędzie się tuż po przyjęciu przez parlament ustawy o eutanazji, będzie szczególnym testem dla stanowiska Kościoła wobec przemian kulturowych - uważa watykanista ACI Stampa, Andrea Gagliarducci.

Dziennikarz zwraca uwagę, że w debacie o przyszłości Kościoła coraz częściej pojawia się pogląd, że kwestie życia i rodziny powinny ustąpić miejsca problemom społecznym: ubóstwu, migracji czy wykluczeniu. Tymczasem pytania o aborcję, eutanazję i granice ingerencji państwa w życie człowieka nie znikają. Przeciwnie - stają się coraz bardziej obecne w debacie publicznej.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję