Reklama

S. Marta Wiecka SM

Wbrew powszechnemu przekonaniu, świętość nie polega na nadzwyczajnych dokonaniach czy na czynieniu cudów. Wielkie rzeczy, jakich Bóg dokonuje wewnątrz ludzkiej duszy, są proste. Świętość polega po prostu na miłości. Powinna być świadomą drogą każdego chrześcijanina. W swoim czasie tę drogę wybrała sługa Boża s. Marta Wiecka

Niedziela Ogólnopolska 21/2008, str. 27

www.martawiecka.pl

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Czym zasłużyła sobie s. Maria, że pośród tysiąca innych sióstr właśnie ona zostanie wyniesiona na ołtarze?
Żyła zaledwie 30 lat, z których 18 spędziła w środowisku rodzinnym, a 12 - w Zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego ŕ Paulo, zwanych popularnie szarytkami.
Życie s. Marty Wieckiej zostało wpisane w czas przełomu XIX i XX wieku. Polska była wtedy w niewoli narodowej. Jej rodzinne ziemie - Pomorze przyłączono do zaboru pruskiego. Urodziła się w rodzinie właściciela ziemskiego Marcelego Wieckiego herbu Leliwa i Pauliny z Kamrowskich. Została ochrzczona sześć dni po narodzinach - 18 stycznia 1874 r. w kościele w Szczodrowie, który był wówczas filią parafii w Skarszewach. Potem przychodziły na świat kolejne dzieci. Matka często chorowała, dlatego Marta od wczesnych lat opiekowała się młodszym rodzeństwem i podejmowała prace domowe. Była dzieckiem energicznym i zaradnym. Wcześnie nauczyła się odpowiedzialności za innych. Z tego okresu we wspomnieniach rodziny i sąsiadów zachowało się szczególne wydarzenie. Marta znalazła na strychu u krewnych figurę św. Jana Nepomucena. Zabrała ją stamtąd, oczyściła, odnowiła i postarała się, aby rodzice ustawili ją przed domem. Odtąd do końca życia Marta żywiła szczególne nabożeństwo do tego Świętego.
W szesnastym roku życia podjęła decyzję o wstąpieniu do zgromadzenia. Pojechała do Sióstr Miłosierdzia do pobliskiego Chełmna, prosząc o przyjęcie. Ku swojemu zdziwieniu usłyszała, że jest za młoda i musi zaczekać jeszcze dwa lata. Ten czas wykorzystała na własnoręczne przygotowanie tzw. wyprawki, potrzebnej przy wstąpieniu do Zgromadzenia. Z jeszcze większą niż dotąd gorliwością pełniła codzienne obowiązki.
Kilka miesięcy przed wstąpieniem do Zgromadzenia Marta dowiedziała się, że jej koleżanka Monika Gdaniec również pragnie wstąpić na tę drogę życia. W jej imieniu napisała więc do siostry wizytatorki w Chełmnie prośbę o przyjęcie także Moniki. Niestety, z powodu narzuconego przez zaborcę pruskiego ograniczenia liczby kandydatek, które mogły zostać przyjęte w danym roku, wizytatorka skierowała Monikę Gdaniec do postulatu Sióstr Miłosierdzia Prowincji Krakowskiej. Aby zapobiec ewentualnemu zawahaniu się koleżanki w decyzji wstąpienia do zgromadzenia, Marta napisała również list do siostry wizytatorki w Krakowie. Odpowiedź była pozytywna. Obydwie zostały przyjęte. Marta zrezygnowała więc z pewnego już miejsca w Chełmnie w pobliżu rodzinnej miejscowości i wybrała daleki Kraków, by pomóc swojej koleżance w realizacji szczególnego powołania.
Po odbyciu formacji w postulacie i seminarium przy ul. Warszawskiej w kwietniu 1893 r. Marta otrzymała strój Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Jej pierwszą placówką był Szpital Powszechny we Lwowie. Uczyła się zawodu pielęgniarskiego od starszych, doświadczonych sióstr, asystując przy zabiegach i badaniach lekarskich. Szpital lwowski był dla niej wspaniałą szkołą. Szybko zyskała sobie opinię siostry, która kocha chorych i służy im z wielkim poświęceniem.
Po półtorarocznym pobycie we Lwowie s. Marta pracowała przez pięć lat w szpitalu w Podhajcach, a następnie została przeniesiona do szpitala w Bochni. Troszczyła się fachowo o zdrowie pacjentów, ale przede wszystkim dbała o ich zbawienie. Siostra przełożona Maria Chabło wspomina: „Trudno opisać, ile starania wkładała, by chorych trudnych do spowiedzi nakłonić, do przyjęcia sakramentów świętych i twarde serca kruszyły się pod jej słowami i szczerze jednały z Bogiem”. Placówka w Bochni była dla s. Marty miejscem szczególnego cierpienia. Zdemoralizowany człowiek po wyjściu ze szpitala, kierując się zazdrością, rozgłosił, że s. Marta spodziewa się dziecka. Plotka rozeszła się daleko. W samej Bochni wielu mieszkańców przyjęło oszczerstwo za prawdę. Bóg dał jednak s. Marcie prawdziwą obrończynię w osobie jej przełożonej - s. Marii Chabło. Tę obronę o mało sama nie przypłaciła życiem. Oszczerca dwukrotnie napadł z nożem na siostrę przełożoną. Dopiero na łożu śmierci przyznał się do winy i odwołał wszystkie oszczerstwa.
W chwili, gdy s. Marta doświadczała oszczerstw, drwin i pomówień, Bóg udzielił jej szczególnej łaski. W tym czasie miała wizję krzyża, z którego przemówił do niej Pan Jezus, zachęcając do cierpliwego znoszenia przeciwności i obiecując zabrać ją niebawem do siebie. Umocniona łaską Bożą, nie zaprzestała pełnić stałych obowiązków z tą samą, co zawsze, dobrocią i pokorą. Mimo że wiele cierpiała, potrafiła w ciszy znieść to posądzenie, zdając się całkowicie na Boga.
Ostatnią placówką s. Marty był szpital w Śniatynie. Jako pielęgniarka umiała i tam znaleźć czas, by uczyć chorych katechizmu, przygotowywać do sakramentów, dużą wagę przykładała do wspólnej z nimi modlitwy. Bywało, że do kaplicy szpitalnej przychodziło wielu chorych, by wraz z nią uczestniczyć w Drodze Krzyżowej.
S. Marta miała niezwykły dar prowadzenia dusz do Boga. Na jej oddziale nikt nie umierał bez sakramentu pojednania, a zdarzało się niejednokrotnie, że nawet przebywający na jej oddziale Żydzi prosili o chrzest. Dla niej każdy cierpiący człowiek był jednakowo ważny, bez względu na to, czy był to Polak, Ukrainiec czy Żyd, grekokatolik, prawosławny czy wierny Kościoła rzymskokatolickiego. Podobnie jak życie s. Marty obfitowało w czyny miłości, również jej śmierć stała się aktem, której źródłem była autentyczna miłość Boga i bliźniego. Świadoma niebezpieczeństwa, dobrowolnie podjęła się dezynfekcji pomieszczenia po chorej na tyfus plamisty, chociaż był do tego zobowiązany inny pracownik - młody ojciec rodziny. Nazajutrz pojawiły się u niej objawy choroby. Podczas ostatniego tygodnia pobytu w szpitalu czyniono wszelkie wysiłki, aby pomóc s. Marcie. Rzesza ludzi modliła się o jej uzdrowienie, łącznie z przedstawicielami gminy żydowskiej. Głęboką modlitwę s. Marty po przyjęciu Wiatyku świadkowie uznali za ekstazę. Zmarła spokojnie 30 maja 1904 r. w Śniatynie.
Już w chwili śmierci zebrani przy jej łóżku byli przekonani, że żegnają niezwykłą siostrę, a lata późniejsze potwierdziły to. Na grób s. Marty przychodzili wszyscy, niezależnie od wieku, wyznania i narodowości. Przychodzili i przychodzą aż do dnia dzisiejszego, przekonani, że „Matuszka” pomaga im we wszystkich sprawach, z którymi się do niej zwracają.
Pamięć o niej przetrwała również wtedy, gdy Śniatyn znalazł się poza granicami Polski. To sprawiło, że w 1997 r. wszczęto proces beatyfikacyjny. Uroczysta Msza św. beatyfikacyjna zostanie odprawiona we Lwowie 24 maja 2008 r.
Historia s. Marty zachęca nas, byśmy pragnęli świętości i radykalnie realizowali nasze chrześcijańskie powołanie. Niech towarzyszy nam przekonanie, że świętość nie polega na czynieniu rzeczy wielkich, ale na przyjęciu i realizowaniu woli Bożej w najmniejszych sprawach. Niech s. Marta wyprasza nam łaskę serc rozpalonych pragnieniem kochania Boga ponad wszystko.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2008-12-31 00:00

Oceń: +25 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Przewodniczący Konferencji Episkopatu Hiszpanii: inwazja na Ceutę jest testem, demografia jest bronią

2026-08-04 21:15

[ TEMATY ]

episkopat

demografia

Hiszpania

Ceuta

PAP

Kryzys migracyjny w miejscowości Ceuta

Kryzys migracyjny w miejscowości Ceuta

Przewodniczący Konferencji Episkopatu Hiszpanii arcybiskup Luis Argüello opublikował we wtorek w sieci X swoją ocenę kryzysu migracyjnego w Ceucie, eksklawie tego kraju w Afryce Północnej. Wskazał, że „demografia jest bronią”, a siły polityczne korzystają z kluczowej dziś, jak ocenił duchowny, biopolityki. - Gra się życiem ludzkim i używa się ludzi - ich marzenia, głód, seksualność i dane do zysku i władzy. Migracje stanowią część tej strategii. Inwazja na Ceutę jest testem. Demografia to broń - napisał przewodniczący hiszpańskiego Episkopatu.

Deklaracja arcybiskupa Luis Argüello jest jednym z licznych w ostatnim czasie głosów ludzi hiszpańskiego Kościoła. Przeważa w nim dyskurs obwiniania władz Maroka za doprowadzenie do masowego napływu migrantów, głównie Marokańczyków, 30 i 31 lipca, co doprowadziło do chaosu w tej hiszpańskiej eksklawie, a także do śmierci co najmniej 78 osób, głównie wskutek utopienia. Cytowani przez katolickie radio Cope duchowni podzielają opinię abp. Argüello, przypominając, że w przeszłości władze w Rabacie dopuszczały się już biernej postawy wobec migrantów szturmujących Ceutę i inne hiszpańskie autonomiczne miasto w Afryce Północnej - Melillę.
CZYTAJ DALEJ

Dziedzictwo XIX-wiecznego kapłana z Meksyku nadal inspiruje

2026-08-04 07:26

[ TEMATY ]

błogosławieni

Vatican Media

Ks. José Antonio Plancarte y Labastida

Ks. José Antonio Plancarte y Labastida

Ks. José Antonio Plancarte y Labastida, meksykański kapłan żyjący w XIX w., który troszczył się o formację duchowieństwa i promował integralną edukację skoncentrowaną na osobie, pozostawił dziedzictwo, które również dziś pomaga stawiać czoła wyzwaniom społeczeństwa dotkniętego kryzysem człowieczeństwa i edukacji.

Świętość nigdy nie pozostaje zamknięta w życiu prywatnym człowieka. Gdy rodzi się z głębokiej jedności z Bogiem, staje się służbą, zaangażowaniem i konkretną odpowiedzią na potrzeby ludzkości. W wywiadzie dla mediów watykańskich postulatorka procesu beatyfikacyjnego Czcigodnego Sługi Bożego ks. José Antonio Plancarte y Labastidy, s. Lucía Margarita Bañuelos Yañez z Instytutu Sióstr Maryi Niepokalanej z Guadalupe, opowiada o meksykańskim kapłanie żyjącym w XIX w., który potrafił odczytać wyzwania swoich czasów i odpowiedzieć na nie w duchu Ewangelii poprzez intensywną działalność duszpasterską, edukacyjną i społeczną.
CZYTAJ DALEJ

„Mam powołanie do pielgrzymowania” – od 65 lat na szlaku Warszawskiej Pielgrzymki Pieszej

2026-08-04 18:12

[ TEMATY ]

pielgrzymka

Julia Czernik

Hanna Kurek na Warszawskiej Pielgrzymce Pieszej wychowała dzieci, szła 52 razy. Na pielgrzymkę wyciągnął ją chłopak, który został jej mężem. Andrzej Kurek twierdzi, że ma powołanie do pielgrzymowania, chodzi od dziecka. Już 6 sierpnia wyruszy ze stolicy 315. Warszawska Pielgrzymka Piesza z hasłem: „Oto Matka Twoja”, a w niej ci, którzy rozpoczynają pielgrzymią przygodę, i tacy jak państwo Kurkowie, dla których „Warszawska to życie”. Matka Boża mnie przywołała…

Pan Andrzej jako dziecko odprowadzał z mamą ojca i rodzeństwo, którzy wychodzili „z Warszawą”. Był zwyczaj, że na ostatnim „odpoczynku” wszyscy siadali, ciotki przywoziły zupy, kotlety i odbywał się piknik. Tak wyglądało pożegnanie pielgrzymów. Chłopczyk kategorycznie stwierdził, że idzie dalej z pielgrzymami. Miał 6 lat i podjął decyzję. Dał nurka w tłum. - Tyle było po mnie. I tak do dzisiaj po prostu chodzę. A mamie zrobiłem kłopot, bo musiała zorganizować jakieś ubranka dla mnie i dostarczyć na pierwszy nocleg. Udało się, widocznie tak Matka Boża przywołała - wspomina pątnik.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję