Reklama

Mówili do mnie „Ruska”

Niedziela częstochowska 29/2012

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

ANNA CICHOBŁAZIŃSKA: - Chciałam Pani serdecznie podziękować za przekazanie do archiwum „Niedzieli” rodzinnych zdjęć ze Stanisławowa. Utrwalono na nich świat, którego już nie ma, a który został w pamięci rodzinnej głęboko ukrywanej przez pokolenia.

Reklama

ANNA DZIURZYŃSKA (z domu Zabierowska): - To ja dziękuję. Zaniemówiłam, gdy przeczytałam w „Niedzieli” o spotkaniu na temat Stanisławowa i parafii Chrystusa Króla. Pochodzę ze Stanisławowa, to moja rodzinna parafia. Stanisławów był obecny w rozmowach rodzinnych. Tam został nie tylko dobytek pokoleń moich rodziców i dziadków, ale też ich serce. Nigdy nie udało im się odwiedzić rodzinnych stron. W czasach komunistycznych Stanisławów był miastem zamkniętym, a po 1989 r. wycieczki na Kresy nie uwzględniały w swojej trasie tego miasta. Dopiero na spotkaniu w „Niedzieli” okazało się, ilu stanisławowian znalazło w Częstochowie swoje miejsce na ziemi. Na pewno nie było im łatwo. Na własnej skórze ja i moja córka przekonałyśmy się, jak znikoma jest wśród współczesnych znajomość najnowszej historii. Pamiętam, jaką przykrość sprawiały mi uwagi dotyczące mojego kresowego akcentu. Mówili do mnie „Ruska”. Tylko proboszcz mojej parafii pw. św. Józefa, ks. Bronisław Preder, od razu zgadł moje kresowe pochodzenie, mówiąc: „A..., przyjechała pani ze Wschodu?”.
A przecież Stanisławów to XVII-wieczne polskie miasto twierdza, zbudowane przez Andrzeja Potockiego, nazwane na cześć jego ojca Stanisława Rewery Potockiego. Miasto przepiękne, stolica Pokucia, blisko Karpat, trzecie miasto w Galicji, przez wysoki poziom edukacji w szkołach jezuickich i m.in. urszulańskich nazywane Atenami Pokucia. W odrodzonej Rzeczypospolitej stolica województwa, na trasie Kolei Galicyjskiej Transwersalnej z monumentalnym dworcem, na którego tyłach zbudowany został kościół kolejarzy - pw. Chrystusa Króla. W czasie II wojny światowej okupanci sowiecki i niemiecki, a także nacjonaliści ukraińscy wymordowali 60 proc. jego mieszkańców, całe rodziny wywożone były do łagrów, do Kazachstanu i na Syberię. Po wojnie rozpoczął się exodus Polaków wypędzonych z Kresów na obecne tereny Polski. Osiedlili się w miejscowościach odległych nieraz o kilkaset kilometrów. Nie muszę podkreślać, jaki to miało wpływ na osłabienie rodzinnych więzi i zatarcie w nowych miejscach naszego kresowego pochodzenia.

- Spróbujmy na podstawie Pani rodziny stworzyć taką rodzinną mapę wypędzeń.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Najłatwiej mi to zrobić na podstawie rodzinnych grobów mojej rodziny i rodziny mojego męża, też stanisławowianina, które rozsiane są po całej Polsce. I tak: w Jarosławiu na wschodzie Polski pochowani są moja babcia po kądzieli, jej syn i jego żona oraz ich syn; w Głubczycach pod granicą z Czechami pochowana jest moja babcia po mieczu, jej dwu synów i jej dwie siostry; we Wrocławiu na Dolnym Śląsku są groby babci brata z żoną i córką; w Szczecinie blisko Bałtyku mam groby babci męża z dwiema córkami; w Braniewie nad granicą rosyjską pochowana jest mama męża i jej brat, siostra i szwagier; w Olsztynku na Mazurach pochowany jest brat męża; w Krakowie są groby trzech braci dziadka z żonami; w Częstochowie pochowany jest mój mąż. Z naszej stanisławowskiej rodziny w Częstochowie mieszka jeszcze moja córka z mężem, córką i synami.

- Niełatwo było rodzicom tak wychowywać swoje dzieci, by miały pamięć przeszłości, ale też uchronić je od skutków tego dziedzictwa. Kresy i ich historia były tematem ściśle tajnym w komunistycznej Polsce, a rodziny niosły ze sobą traumatyczne doświadczenia śmierci i wywózek...

Reklama

- To prawda. Moi rodzice żyli Stanisławowem. Choć ojciec nie opowiadał losów wojennych, wiedziałam, że brał udział w kampanii wrześniowej. Ranny, został wyniesiony z pola bitwy na plecach przez włościanina i ukryty w jego gospodarstwie pod Lwowem. Po tej ranie pozostał mu pocisk w nodze, który sama wyczułam, gdy ubierałam ojca do trumny. Moi rodzice wzięli ślub w kwietniu 1940 r. Już następnego dnia zjawiło się NKWD i aresztowało ojca. Wieźli go koleją wraz z innymi aresztowanymi w stronę Katynia. Aresztowani wydłubali w podłodze deski i usiłowali uciec. Udało się tylko tym, którzy po wydostaniu z wagonu pozostawali na torach. Ci, którzy uciekali, zostali zastrzeleni przez wartowników ekskortujących transport. Mój ojciec do Stanisławowa przyszedł pieszo, pijąc wodę z kałuży i żywiąc się wyrzuconymi obierkami.
Jeszcze bardziej traumatyczne przeżycia miał stryjek - brat ojca, Mieczysław Zabierowski, żołnierz Armii Krajowej. Uwięziony przez NKWD, siedział w więzieniu w Stanisławowie, a później we Lwowie, skąd zesłano go do syberyjskich łagrów, gdzie pracował w kopalniach cynku i ołowiu oraz przy wycinaniu drzew. Był tam 11 lat. Uniknął śmierci dzięki poświęceniu matki, która przez tydzień koczowała na schodach Ministerstwa Obrony Narodowej, by spotkać się z Rokossowskim w sprawie uwolnienia syna. Powrócił z łagrów w 1955 r., napisał wspomnienia pt. „W łagrach Uchty i Workuty”, które prywatnie wydał jego syn. Gułag zniszczył mu zdrowie, do śmierci borykał się z chorobami. Wskutek bicia miał uszkodzone oko.
Ojca mojego męża, leśniczego w Dolinie (powiat stanisławowski), zastrzelił Ukrainiec w czasie rzezi na Pokuciu. Ktoś doniósł żonie, nauczycielce, że w następną noc mają Ukraińcy zamordować ją i dzieci. Uciekli w tym, co mieli na sobie. Wszystko, cały dobytek, zostawili w Dolinie, ale ocalili życie.
14 lat temu jednemu z krewnych udało się dotrzeć do Stanisławowa. Tam, gdzie był cmentarz z rodzinnymi grobami, teraz jest park. Grabarz zapytany, gdzie mógł stać okazały grobowiec rodziny Zabierowskich, szeptem poradził: „Uchadi, bo możesz nigdy nie wrócić”. Krewny zobaczył jeszcze rodzinny dom, gdzie w 4-pokojowym mieszkaniu z łazienką mieszka teraz 10 rodzin.

- Czy pamięta Pani czas wypędzeń?

Reklama

- Byłam mała (ur. w 1943 r.), ale z października 1945 r. pamiętam padający na głowę deszcz. Rodzice opowiadali, że wieźli nas odkrytymi węglarkami. Miałam tak skurczone rączki od zimna, że nie można ich było rozprostować. Rodzice powiadomieni o wywózce wieczorem, spakowali tylko najpotrzebniejsze rzeczy: łóżeczko, wanienkę, trochę rzeczy osobistych i te zdjęcia, które wzięłam ze sobą do redakcji „Niedzieli”. W ostatniej chwili ojciec wrócił się i wziął kołdrę. Była stara, miała ze sto lat, ale rodzice mieli ją do śmierci. Nie była używana, ale wietrzyli ją i trzepali. Nie można jej było ruszyć. Taka stanisławowska relikwia.
Mimo bliskości stacji kolejowej, zapakowali nas na furmanki pod strażą. Najpierw dotarliśmy do Jarosławia, gdzie już czekał na nas brat mamy, wypędzony ze Stanisławowa. Później dotarła do nas mama ojca. Tam też odnalazł nas brat mojego ojca, żołnierz spod Monte Cassino. Babcia i jej syn udali się do Głubczyc, gdzie osiedliła się rodzina babci. Do Głubczyc dotarliśmy i my. Po roku sąsiedzi ze Stanisławowa ściągnęli nas do Opola.
Tam poznałam mojego późniejszego męża. Gdy w Częstochowie powstało województwo, osiedliliśmy się tu z mężem i córką. W Opolu mieszkał również znajomy mojego ojca, proboszcz parafii Chrystusa Króla w Stanisławowie, ks. Kazimierz Bochenek, który przyjechał do Opola wraz ze swoimi parafianami. Przychodził do nas do domu. Gdy mieszkaliśmy w Głubczycach, odwiedzał nas również ks. Antoni Adamiuk, późniejszy biskup, który wspierał odradzającą się katolicką parafię w Stanisławowie (obecnie Iwano-Frankiwsk) na Ukrainie. Ale ja i później moja siostra trzymane byłyśmy z daleka od tych spotkań. Rodzice chyba obawiali się, że jako dzieci możemy zdradzić tematy rozmów między dorosłymi.

- Nie tęskni Pani za rodzinnymi stronami?

- Bardzo. Chciałabym tam pojechać. Wierzę, że mi się uda. Może z córką i wnukami? To przecież także ich dziedzictwo...

2012-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Niezwykła pokora

2026-08-11 14:16

Niedziela Ogólnopolska 33/2026, str. 20

[ TEMATY ]

homilia

Grażyna Kołek

Zawsze, kiedy czytam Ewangelię na temat niewiasty kananejskiej, rodzi się we mnie pytanie, w jaki sposób Bóg działa w naszym życiu. Czasami chcielibyśmy, żeby działał spektakularnie. On jednak działa zupełnie inaczej. Niejednokrotnie nie tylko nas nie wywyższa, ale także sobie znanym sposobem działania wypróbowuje nas przez swego rodzaju poniżenie. Kobieta kananejska, która przyszła błagać o zdrowie dla swojej córki, mogła się poczuć urażona, mogła odejść od Jezusa i wrócić do swojej córki. Mogła powiedzieć: ten Jezus, o którym słyszałam, na pewno nie pochodzi od Boga, bo On nie postąpiłby ze mną w taki sposób. Kobieta jednak nie poddała się, gdy Jezus powiedział do niej: „Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom”. Wiara tej kobiety sięgała znacznie głębiej niż fałszywe poczucie własnej wartości. Ze względu na zdrowie swojej córki była gotowa na wszystko, mogłoby się wydawać, że nawet na upokorzenie przez samego Boga. Jezus jej odpowiedział: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!”. To nagroda za jej postawę.
CZYTAJ DALEJ

Leon XIV: Bóg może przemówić do nas w każdym spotkaniu

2026-08-16 12:08

[ TEMATY ]

Bóg

Papież Leon XIV

może przemówić

w każdym spotkaniu

Vatican Media

Papież Leon XIV

Papież Leon XIV

W każdym spotkaniu, także takim, które zakłóca nasze plany, trzeba otworzyć oczy i serce na to, co Bóg chce nam powiedzieć - wskazał Leon XIV przed modlitwą Anioł Pański w Castel Gandolfo. Komentując Ewangelię o kobiecie kananejskiej, Papież zachęcił Kościół, by pozwalał się zaskakiwać działaniu Boga i niósł pokój Chrystusa poza już wytyczone granice.

Ojciec Święty, komentując niedzielną Ewangelię, zatrzymał się nad postacią kobiety kananejskiej, która prosi Jezusa o pomoc dla swojej córki. Choć nie należała do narodu wybranego, rozpoznała w Nim Mesjasza i z determinacją zabiegała o uzdrowienie dziecka.
CZYTAJ DALEJ

Od 20 lat trwa tutaj nieustanna adoracja. Nie przerwała jej pandemia ani trzęsienia ziemi

2026-08-16 15:08

Karol Porwich/Niedziela

„Dzięki tej modlitwie Chrystus wkracza do naszych domów, rodzin i do osobistych historii” - podkreśla Maria Paola Renzi, która koordynuje 168 cotygodniowych dyżurów w kościele Matki Bożej Miłosierdzia w Ascoli Piceno. Od dwudziestu lat prowadzona jest tam nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu, a wcześniej - przez czterdzieści lat - modlitwa trwała w godzinach dziennych.

Podziel się cytatem - podkreśla Maria Paola Renzi. Wskazuje, że kościół, który znajduje się nieopodal supermarketu i apteki, był dla mieszkańców Ascoli Piceno oazą nadziei w mrocznym czasie koronawirusa. Adoracja nie ustała także podczas dwóch tragicznych trzęsień ziemi, które mocno dały się odczuć w regionie - w 2009 i 2016 roku.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję