Reklama

Polacy chcą mieć dzieci

Niedziela warszawska 12/2012

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

ANDRZEJ TARWID: - Szpital Świętej Rodziny organizuje konferencję pt. „Ratujmy Życie - Wspierajmy Rodzicielstwo”. Dlaczego akurat na tę tematykę zamierzacie Państwo zwrócić uwagę warszawiaków podczas obchodów pierwszego „Tygodnia dla Życia”?

DR EWA PROKOP: - Konferencja ma charakter otwarty. Wśród słuchaczy i dyskutantów znajdą się więc nie tylko specjaliści, ale również studenci, rodziny oczekujące potomstwa, przedstawiciele rodzin wielodzietnych, a także pary, które mają problemy z poczęciem potomstwa. Ustalając tematykę sympozjum, chcieliśmy wyjść naprzeciw oczekiwaniom tak szerokiego grona słuchaczy. Dlatego na konferencji zagadnienia macierzyństwa oraz rodzicielstwa zostaną zaprezentowane jednocześnie od strony medycznej i społecznej.

- Wśród prelegentów będą m.in. kapłani, lekarze, demografowie. Ci ostatni od lat powtarzają, że grozi nam zapaść międzypokoleniowa, bo Polacy nie chcą mieć dzieci. A jak na ten problem patrzy osoba, która na co dzień spotyka się z osobami pragnącymi mieć potomstwo?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Z mojego punktu widzenia problem ten rzeczywiście wygląda nieco inaczej. Uważam bowiem, że generalnie Polacy chcą mieć dzieci, lecz - i w tym tkwi cały szkopuł - młodzi ludzie nie podejmują decyzji o potomstwie, kiedy ich płodność jest największa, ale zdecydowanie później.

Reklama

- Ile lat ma więc dzisiaj „młoda mama” w Polsce?

- Teraz na bloku porodowym dominują panie między 28. a 32. rokiem życia. W latach 80. XX wieku matkami najczęściej zostawały kobiety 22-24-letnie.

- Jaką zmianę postaw dostrzega Pani wśród osób, które decyzję o posiadaniu potomstwa przesunęły na czas powyżej 30-35 lat?

- Kiedy kobieta 35-letnia ma urodzić pierwsze dziecko, to znacznie częściej można zauważyć strach rodziców przed chorobami, jakie potencjalnie może mieć dziecko. Ludzie ci doskonale zdają sobie sprawę z zagrożeń późnego macierzyństwa. Dlatego często deklarują, że nie planują zachodzić w następną ciążę w kolejnych latach.

- Z góry więc wiadomo, że w takim małżeństwie będzie jedno dziecko?

Reklama

- Mówiąc bardziej precyzyjnie, to co najwyżej jedno dziecko! Wraz z wiekiem spada bowiem szansa na posiadanie potomstwa. A to rodzi kolejne ważne konsekwencje, o których mało się mówi poza gronem specjalistów. Mianowicie, według Światowej Organizacji Zdrowia, przez dwa lata można się starać o dziecko i ten czas nie jest traktowany jako niepłodność. Dopiero powyżej 24 miesięcy określane jest to mianem niepłodności i wówczas małżeństwo powinno poddać się badaniom diagnostycznym oraz leczeniu. Tymczasem osoby chcące posiadać dziecko w późniejszym wieku nie chcą czekać 2 lat. Dla nich dziecko musi być tu i teraz, wskutek czego decydują się na wspomaganie rozrodu, np. na in vitro.

- A to chętnie wykorzystują środowiska lewicowo-liberalne, które twierdzą, że in vitro rozwiąże problem niepłodności. Czy rzeczywiście?

- Po pierwsze, metoda ta nie leczy niepłodności. W in vitro nie są prowadzone działania lecznicze, tylko chodzi o szybkie wprowadzenie procedury. Ale para, która była niepłodna, nadal niepłodna pozostaje.
Po drugie, in vitro nie jest metodą w 100 proc. skuteczną. Tak naprawdę tylko co trzecia para wyjdzie z tej procedury z dzieckiem.

- Lobbujący za in vitro niechętnie mówią o jej negatywnych skutkach. Jakie inne ważne konsekwencje stosowanie tej metody są przemilczane?

- Na jedno urodzone dziecko, przypada co najmniej kilkanaście innych dzieci, które umierają w stadium bardzo wczesnym, zarodkowym...

-...dlaczego?!

Reklama

- Dzieci te nie mają możliwości rozwoju. Część z nich już przez embriologa klasyfikowana jest jako takie, które nie będą wszczepione do jamy macicy. Inne są mrożone. W ostatecznym rozrachunku z wielu powstałych stworzeń ludzkich pozostaje jedno.
Nie mówi się również o tym, że dzieci poczęte metodą in vitro są obarczone większym ryzykiem rozwoju chorób. Oczywiście dalekosiężnych powikłań nie znamy, bo najstarsza osoba z in vitro ma ponad 30 lat. Niemniej wiadomo, że wśród takich osób zaobserwowano większy odsetek niepłodności oraz częstsze zaburzenia neurologiczne. Niektóre badania pokazują również, że wśród dzieci po in vitro jest większy odsetek wcześniactwa.

- Kościół katolicki promuje naprotechnologię. Czy Pani zdaniem ta metoda może być alternatywą dla in vitro?

- Naprotechnologia to dziedzina ginekologii, która skupia się bardzo szczegółowo na poprawnej diagnostyce i dobranym indywidualnie leczeniu schorzeń mogących prowadzić do niepłodności. Jest to więc dziedzina dużo szersza, bo pomaga w dokładnym zrozumieniu niepłodności. W efekcie naprotechnologia może być wykorzystana do znacznego zwiększenia szans na poczęcie farmakologicznie i chirurgicznie. Jest tak dlatego, że w metodzie tej mamy do czynienia z leczeniem, a nie obejściem choroby.

- Z tego, co Pani mówi, wynika, że najlepszym sposobem uniknięcia problemów z posiadaniem dzieci jest podjęcie decyzji o potomstwie w czasie najlepszym z biologicznego punku widzenia. Co jednak skłania ludzi do coraz dłuższego odkładania tej ważnej decyzji, a w konsekwencji do wpędzania się w sytuacje, których później żałują?

Reklama

- To bardzo złożony problem. Widać, że młodzi ludzie zanim zdecydują się na potomstwo, to wcześniej chcą zdobyć pozycję na rynku pracy. A to oznacza skończenie studiów, dodatkowych kursów, niejednokrotnie zrobienie doktoratu. Następnym krokiem jest angaż w dobrej firmie, kupno mieszkania, samochodu itd. Wobec takiej strategii życiowej małżeństwo i posiadanie potomstwa schodzą na plan dalszy, przesuwają się w czasie. Na to wszystko nakłada się jeszcze obawa, że posiadanie dziecka to ogromna odpowiedzialność.

- To oczywiste, że dorośli biorą za dzieci odpowiedzialność. Mniej oczywiste jest zaś to, dlaczego obecnie bardziej boją się tej odpowiedzialności, skoro jednocześnie są lepiej wykształceni, dojrzalsi i - jak powiedziała Pani wcześniej - chcą mieć dzieci?

- Myślę, że lęk przed dzieckiem budzi się też ze strachu związanego z zawarciem związku małżeńskiego. To jest pierwszy problem. Ludzie boją się decyzji na całe życie i albo ich nie podejmują, albo - jeżeli już podejmą - to znacznie później, niż miało to miejsce w przeszłości.

- Lęk o to, czy wiążę się z odpowiednią osobą, przeżywało chyba każde wcześniejsze pokolenie. Z tym że kilkadziesiąt lat temu były większe problemy mieszkaniowe i materialne, a mimo to ludzie decydowali się na posiadanie dzieci. Co więc się zmieniło?

- Kiedyś nie było takiego nacisku na robienie kariery, dążenie do przyjemności i wiele innych mód tak mocno lansowanych przez media. Przypomnę, że wcześniej każde życie było przyjmowane z radością, a teraz pokazywane jest jako np. przeszkoda w samorealizacji, dobrej zabawie itd.

- Ostatnio coraz częściej słyszymy, że niż demograficzny jest groźny dla państwa. Co, Pani zdaniem, rządzący powinni zrobić, aby chociaż złagodzić wpływ tych złych trendów kulturowych?

Reklama

- Najważniejsza sprawa to ułatwić opiekę nad dziećmi. Mam tu na myśli taki system, który pozwalałby młodym mamom jak najdłużej pozostawać z dzieckiem. A kiedy kobieta musi wrócić do pracy, to nie powinna mieć kłopotów z posłaniem dziecka do żłobka lub przedszkola. Niestety, dzisiaj jest tak, że rodzice już pod koniec ciąży zapisują dzieci do żłobków.

- Na koniec chciałbym zapytać o jeszcze jeden temat, który będzie podjęty na konferencji w Szpitalu Świętej Rodziny. Mam tu na myśli mało znane zagadnienie, jakim jest opieka paliatywna w położnictwie...

- Potrzeba opieki paliatywnej w położnictwie zrodziła się głównie wśród rodziców, którzy nie godzili się na zabicie dziecka, o którym wiadomo, że nie dożyje do końca ciąży lub umrze niedługo po porodzie. Rodzice ci chcieli uzyskać pełne wsparcie podczas ciąży. A następnie w trakcie porodu, połogu i ewentualnie krótkiego życia dziecka i jego umierania.
W Szpitalu Świętej Rodziny od dawna staramy się promować to, co jest naturalne, a co w tak granicznych sytuacjach życiowych, jak śmierć dziecka, pozwala rodzicom pożegnać się z oczekiwanym maleństwem i przeżyć po nim żałobę. Dlatego temat ten, chodź tak po ludzku trudny, nie mógł nie znaleźć się w programie naszej konferencji. Tym bardziej, że w planach dyrektora naszego szpitala - prof. Bogdana Chazana - jest założenie poradni paliatywnej przy ul. Madalińskiego 25.

2012-12-31 00:00

Oceń: 0 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Św. Iwo - mniej znany święty

Iwo Hélory żył w latach 1253 -1303 we Francji, w Bretanii. Urodził się w Kermartin, w pobliżu Tréguier. Po ukończeniu 14. roku życia studiował w Paryżu na Wydziale Sztuk Wyzwolonych, później na Wydziale Prawa Kanonicznego i Teologii, a w Orleanie na Wydziale Prawa Cywilnego.

Po trwających 10 lat studiach powrócił do rodzinnej Bretanii. Do 30. roku życia pozostawał - jako człowiek świecki - na stanowisku oficjała diecezjalnego w Rennes, sprawując w imieniu biskupa funkcje sędziowskie. Zasłynął jako człowiek sprawiedliwy i nieprzekupny, obrońca interesów biedaków, za których nieraz sam opłacał koszty postępowania, a także - jako doskonały mediator w sporach. Później poszedł za głosem powołania i po przyjęciu święceń kapłańskich skupił się na pracy w przydzielonej mu parafii. Biskup powierzył mu niewielką parafię Trédrez, a po roku 1293 nieco większą - Louannec. Iwo od razu zjednał sobie parafian, dając przykład ubóstwa i modlitwy. W czasach, kiedy kapłani obowiązani byli odprawiać Mszę św. tylko w niedziele i święta, Iwo czynił to codziennie, niezależnie od tego, gdzie się znajdował. Często, chcąc pogodzić zwaśnionych, zanim zajął się sprawą jako sędzia, odprawiał w ich intencji Mszę św. - po niej serca skłóconych w jakiś cudowny sposób ulegały przemianie i jednali się bez rozprawy. Nadal chętnie służył wiedzą prawniczą wszystkim potrzebującym, sam żyjąc bardzo skromnie. Był doskonałym kaznodzieją. Iwo Hélory zmarł 19 maja 1303 r. W 1347 r. papież Klemens VI ogłosił go świętym. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci i bardzo szybko rozprzestrzenił się poza granice Bretanii. Kościoły i kaplice jemu dedykowane zbudowano m.in. w Paryżu i w Rzymie. Wiele wydziałów prawa i uniwersytetów obrało go za patrona, m.in. w Nantes, Bazylei, Fryburgu, Wittenberdze, Salamance i Louvain. Został pochowany w Treguier we Francji, które jest odtąd miejscem corocznych pielgrzymek adwokatów w dniu 19 maja. Warto też dodać, że do Polski kult św. Iwona dotarł stosunkowo wcześnie. Już 25 lat po jego kanonizacji, w 1372 r. jeden z kanoników wrocławskiej kolegiaty św. Idziego, Bertold, ze swej pielgrzymki do Tréguier przywiózł relikwie świętego. Umieszczono je w jednym z bocznych ołtarzy kościoła św. Idziego. Również po relikwie św. Iwona pojechał opat Kanoników Regularnych Henricus Gallici. Na jego koszt do budującego się wówczas kościoła Najświętszej Maryi Panny na Piasku dobudowano kaplicę św. Iwona, w której umieszczono ołtarzyk szafkowy z relikwiami. Niestety, nie dotrwały one do naszych czasów, w przeciwieństwie do kultu, który, przerwany na początku XIX wieku, ożył w 1981 r. Od tego czasu w każdą pierwszą sobotę miesiąca w kaplicy św. Iwona zbierają się prawnicy wrocławscy na Mszy św. specjalnie dla nich sprawowanej. Drugim ważnym miejscem kultu św. Iwona w Polsce jest Iwonicz Zdrój, gdzie znajduje się jedyny w Polsce, jak się wydaje, kościół pw. św. Iwona, z przepiękną rzeźbioną w drewnie lipowym statuą Świętego. Warto też wspomnieć o zakładanych w XVII i XVIII wieku bractwach św. Iwona, gromadzących w swych szeregach środowiska prawnicze, a mających przyczynić się do ich odnowy moralnej. Bractwa te istniały przede wszystkim w miastach, gdzie zbierał się Trybunał Koronny: w Piotrkowie Trybunalskim (zał. w 1726 r.) i w Lublinie (1743 r.). W obydwu do dziś zachowały się obrazy przedstawiające Świętego: w Piotrkowie - w kościele Ojców Jezuitów, w Lublinie - w kościele parafialnym pw. Nawrócenia św. Pawła. Istniały też bractwa w Przemyślu (XVII w.), prawdopodobnie w Krakowie (zachował się XVIII-wieczny obraz św. Iwona w zakrystii kościoła Ojców Pijarów), w Warszawie i we Lwowie. W diecezji krakowskiej czczono św. Iwona w Nowym Korczynie (w 1715 r. w kościele Ojców Franciszkanów konsekrowano ołtarz św. Iwona) oraz w Nowym Sączu, w kręgach związanych z Bractwem Przemienienia Pańskiego. Natomiast we Wrocławiu, w kaplicy kościoła pw. Najświętszej Marii Panny na Piasku, znajduje się witraż wyobrażający św. Iwo. Został on ufundowany w 1996 r. przez adwokatów dolnośląskich z okazji 50-lecia tamtejszej adwokatury.
CZYTAJ DALEJ

Z Wojtyłami związałam część życia. 18 maja zawsze prowadzi mnie do Wadowic

2026-05-18 15:43

[ TEMATY ]

Karol Wojtyła

Edmund Wojtyła

Milena Kindziuk

Emilia Wojtyła

Domena publiczna

Rodzice Karola Wojtyły

Rodzice Karola Wojtyły

„Należy pani do rodziny papieskiej” – powiedział mi kiedyś kard. Stanisław Dziwisz. Przyjęłam te słowa ze wzruszeniem, ale dopiero po latach zrozumiałam, jak wiele w nich było prawdy. Bo są takie rodziny, które najpierw poznaje się przez dokumenty, archiwa, świadectwa i żmudne badania, a potem odkrywa się, że weszły głęboko w serce. Tak właśnie było ze mną i z Wojtyłami.

Z Wojtyłami naprawdę związałam część życia. Najpierw była wieloletnia praca: biografia Emilii i Karola Wojtyłów, potem Edmunda, brata Papieża, godziny spędzone nad źródłami, rozmowy, porównywanie relacji, mozolne odtwarzanie losów ludzi, o których świat zwykle pamięta tylko dlatego, że wydali na świat świętego. Z czasem jednak przestała to być wyłącznie praca. Coraz mocniej czułam, że obcuję nie tylko z historią, ale z tajemnicą domu, z którego wyrósł człowiek zdolny poruszyć sumienie świata. Dlatego 18 maja nigdy nie jest dla mnie tylko rocznicą urodzin Jana Pawła II. Ten dzień zawsze prowadzi mnie do Wadowic. Do skromnego mieszkania. Do matki, która kochała małego Lolusia bez granic i powtarzała, że „to dziecko będzie kimś wielkim”. Do ojca, który więcej mówił klęcząc, niż inni potrafią powiedzieć słowami. Do starszego brata Edmunda, który poświęcił swe młode życie, gdy jako lekarz ofiarnie służył chorej (zaraził się od niej szkarlatyną). Im dłużej zajmuję się tą rodziną, tym mocniej widzę, że świętość Jana Pawła II nie zaczęła się ani w seminarium, ani na Stolicy Piotrowej. Zaczęła się w domu.
CZYTAJ DALEJ

Szkolenie konne lubelskich terytorialsów

2026-05-19 14:53

2LBOT

2 Lubelska Brygada Obrony Terytorialnej była pierwszą brygadą WOT, która w latach 2019-2021 zrealizowała pilotażowy program wykorzystania koni do transportu uzbrojenia i wyposażenia wojskowego.

W dniach 11-16 maja br. żołnierze sekcji konnej 2 Lubelskiej Brygady Obrony Terytorialnej realizowali szkolenie w ramach programu wykorzystania koni w WOT. W przedsięwzięciu uczestniczyli również zagraniczni żołnierze - przedstawiciele holenderskiej jednostki ceremonialnej Cavalerie Ere-escorte oraz żołnierze ze Szkoły Wojsk Rozpoznawczych Bundeswehry.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję