W tym roku mija trzydzieści lat od wyboru kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Oto wspomnienia z tych pamiętnych wydarzeń kilkorga Jego przyjaciół ze Środowiska
W przeddzień wyjazdu Wujka na konklawe byliśmy u Niego z mężem w Kurii, nie pamiętam już w jakiej sprawie. Dawało się wówczas wyczuć pewne napięcie. Można by było to tłumaczyć stresem przed wyjazdem, ale w przypadku Wujka, który podróżował bardzo często, taki nastrój nie był czymś typowym. Pomimo że wszyscy mieliśmy przekonanie, iż jest On jednym z papabili, nikt nie śmiał nawet wyrażać przypuszczeń, że mógłby zostać papieżem. Można powiedzieć, że choć gdzieś głęboko w duszy było to wydarzenie oczekiwane, to jednak w kontekście tamtych czasów zdawało się być nieprawdopodobne. Wieczorem 16 października 1978 r. zadzwoniła do mnie przyjaciółka z wiadomością o wyborze naszego Wujka na Stolicę Piotrową. Spotkaliśmy się wtedy u Gabriela i Bożeny Turowskich, gdzie wspólnie przeżywaliśmy radość, świętowaliśmy, napisaliśmy też list do Wujka, na który później dostaliśmy ręcznie napisaną odpowiedź.
Po pierwszej fali emocji, przyszła refleksja. Pojawiły się w nas bardzo różnorakie uczucia - radość, zdumienie, żal... Nasze dzieci płakały: - On tu już nie wróci! A myśmy w myślach dopowiadali, że my do Niego też nie pojedziemy. W czasach, gdy Polska znajdowała się za żelazną kurtyną, gdy brakowało wszystkiego, paszportów, obcej waluty - wizyta w Rzymie wydawała się nierealna. Jednak, jak czas pokazał, cuda się zdarzają. Na okoliczność inauguracji pontyfikatu wyczarterowany został z Polski samolot. Dzięki bp. Janowi Pietraszce otrzymaliśmy z mężem dwa bilety i 22 października znaleźliśmy się w sektorze dla tzw. VIP-ów na Placu św. Piotra w Rzymie. Wcześniej, dostaliśmy z Watykanu zaproszenia zaadresowane: Famigliari del Santo Padre. Bardzo nas to wzruszyło.
Szybko też rozwiały się nasze obawy co do utraty kontaktu z Wujkiem. Można powiedzieć, że poprzez tę niezwykłość kontaktu nasze więzi nawet się zacieśniły, stały się na swój sposób wyjątkowe. To Wujek dbał o to, byśmy mogli spotkać się za każdym razem, kiedy tylko przybywaliśmy do Rzymu. Pamiętam, jak wieczorem po inauguracji zostaliśmy z mężem i kilkoma innymi osobami zaproszeni na prywatne spotkanie z Wujkiem. Pokonując labirynt korytarzy, pomieszczeń zamykanych na szyfry, znaleźliśmy się w końcu w małym saloniku, do którego wszedł Jan Paweł II. Z wrażenia, choć widzieliśmy się z Nim nie tak dawno, padliśmy na kolana. On natomiast wszystkich nas popodnosił i powiedział, że nic się nie zmieniło, że nadal będzie dla nas Wujkiem. I tak było. Nie zmieniło Go stanowisko - pozostał serdeczny, nie stwarzał sztucznego dystansu, zawsze przygarnął, przytulił, ucałował. W naturalny sposób wszyscy traktowaliśmy Go jak członka rodziny. Taką serdeczność i bliskość Wujek okazywał nie tylko nam, ale wielu przyjaciołom ze Środowiska. Bardzo nam Go brakuje...
Ewa Wisłocka
Biały Kardynał
Reklama
16 października wieczorem wracałam z koleżanką, która niedawno straciła męża z uroczystości nadania jej Złotego Krzyża Zasługi. W mieście był spokój. Tak sobie wówczas rozmawiałyśmy, że może już wybrali nam nowego papieża. Gdy przyszłam do domu, mąż otworzył mi drzwi, mając łzy w oczach. - Przecież spóźniłam się tylko chwilę, skąd te łzy? - zażartowałam. Mąż powiedział: - Wujka wybrali na papieża. Mnie też łezki pociekły... Nasi nastoletni wówczas synowie, gdy tylko się dowiedzieli, wybiegli z domu, żeby świętować. Kraków ogarnęła euforia, otwarto kościoły, zewsząd dało się słyszeć bicie dzwonów. Nastał czas niezapomnianej radości i dziękczynienia. Można powiedzieć, że była to pierwsza spontaniczna demonstracja w Polsce Ludowej.
Ponieważ uczyłam języka polskiego, przygotowałam lekcje na następny dzień. Przyniosłam do szkoły płytę z nagraniem „Gaude Mater Polonia”. Rozmawialiśmy z uczniami o tym, że dane nam było znaleźć się w niezwykłym momencie historycznym. Młodzież była poruszona. Ci, którzy zetknęli się wcześniej z biskupem czy później kardynałem Wojtyłą, czuli się wyróżnieni.
Dla mnie wybór kard. Karola Wojtyły był raczej zdziwieniem, ale nie zaskoczeniem. Pamiętam taki moment, wiele lat wcześniej, gdy kardynałem został prymas Wyszyński, szliśmy z Wujkiem przez pl. Matejki. Młodzi, jak to młodzi, wiedzieli wszystko „lepiej”, byli „mądrzejsi”. Dyskutowaliśmy o tym, że Polska to duży kraj katolicki, że nam się „należy” więcej kardynałów, mieliśmy pretensje do Watykanu, że jest ich u nas tylko dwóch. Zażartowałam wówczas, że przecież Wujek niedługo zostanie biskupem, potem kardynałem, a później papieżem. Gdy Wujek rzeczywiście został papieżem, wspominał nieraz: - Wcale chętnie zobaczyłbym Danusię, która na ten temat prorokowała...
Niestety, na inaugurację pontyfikatu nie mogliśmy pojechać, choć mieliśmy zaproszenie. Ówczesny kurator nie podpisał mi wniosku potrzebnego do uzyskania paszportu. Polecieli nasi przyjaciele. My dostaliśmy wkrótce zdjęcie Wujka, opatrzone datą 22 października, na którym ubrany był już w białe szaty, z jego podpisem i błogosławieństwem.
Gdy w 1981 r. byłam w Rzymie, Wujek przedstawił mnie słowami: - To Danusia, jako pierwsza mówiła do mnie Wujku i przepowiedziała, że będę papieżem. To wszystko przez nią!
Przypomina mi się jeszcze jedna historia, związana z pamiętnymi wydarzeniami roku ´78. Wracaliśmy z wakacji przez Czeski Cieszyn. Mój mąż miał swoje ulubione wino o nazwie Czerwony Kardynał, które można było kupić w tym mieście. I tym razem zatrzymaliśmy się przed granicą, aby kupić butelkę tego wina. Jednak okazało się, że nigdzie go nie ma. W jednym ze sklepów ekspedientka zaproponowała nam zakup białego odpowiednika o nazwie Biały Kardynał. Mąż, choć nie przepadał za białym winem, kupił butelkę. Gdy Wujek został wybrany papieżem, uznaliśmy to wakacyjne wydarzenie za swego rodzaju „znak”. Tym właśnie winem wznieśliśmy toast.
Wybór Wujka na papieża nie był dla nas zaskoczeniem. Wielu chyba gdzieś głęboko miało takie przeświadczenie, że to, co zdaje się niemożliwe, w przypadku Wujka może się ziścić. Podczas naszych wędrówek, kiedy trasa naprawdę dała nam w kość, śmialiśmy się, że jak Wujek zostanie papieżem, będziemy się mogli starać o odpust zupełny za taki „wyczyn”.
I stało się. Wujek został wybrany! Wiadomość ta dotarła do mnie z telewizji, gdy leżałem przeziębiony w łóżku. Rzadko płaczę, ale ta chwila bardzo mnie wzruszyła. To było przeżycie z wielu względów bardzo mocne. Nasz Wujek, do którego byliśmy tak przywiązani, został głową Kościoła i odchodzi z Krakowa. Była to dla nas chwała i duma, a jednocześnie niewiadoma - jak to dalej będzie? De facto dla wielu z nas Wujek był ojcem. Ja sam znałem mojego ojca przez 29 lat, a gdy Wujek został papieżem, znaliśmy się od 27 lat. Był nam bardzo bliski. Mimo całej niezwykłości sytuacji, nie miałem obaw, że Go straciliśmy. Byliśmy Go pewni. Zbyt wiele nas z Nim łączyło, żeby mógł nas zostawić. I nie zawiedliśmy się. Jak po sakrze biskupiej, tak i po konklawe, Karol Wojtyła - Jan Paweł II powtórzył: - Nic się nie zmieniło. Wujek pozostaje Wujkiem, a wasza głowa w tym, jak to będzie wyglądało.
Kiedyś ks. bp. Stanisław, powiedział nam o Wujku: - On was bardzo miłuje. Słowa te, wiele lat później powtórzył nam obecny biskup lwowski, a wtedy sekretarz Jana Pawła II, ks. prałat Mieczysław.
Staraliśmy się jeździć do Wujka bez pakietu trosk. Nasza przyjaciółka, oglądając w telewizji modlitwę na „Anioł Pański” z Janem Pawłem II, mówiła wówczas: - Poznaję po minie Wujka, że Staszkowie dojechali do Rzymu.
Wujek był niezwykłym człowiekiem. Polska do ostatnich dni życia bardzo go interesowała. Nieraz patrzył na wzgórza włoskich Alp, mówiąc: - Spójrz na góry nad Albano, wyglądają zupełnie jak Leskowiec...
Stanisław Rybicki
Dla całego świata
Uczucia? Radość, spełnienie... Już, a może dopiero, przy wyborze papieża Roncallego miałam skrytą nadzieję, że może zostanie wybrany nasz Wujek. Więc tym razem spełniły się nasze oczekiwania. Tą radością chcieliśmy z mężem podzielić się z najbliższymi, a że mieszkamy w Balicach - zrobiliśmy to telefonicznie. Andrzej usłyszał od swojego szwagra niedowierzające: „Polaka by wybrali?”, ja natomiast od mojego szwagra: - „Szkoda dla Krakowa, strata dla tych ludzi, z którymi miał tu kontakty”.
Ja nie miałam zastrzeżeń. Cieszyłam się, że pozna Go świat, że będzie dla całego świata, a poza tym - co tu dyskutować: taka jest wola Boża!
Żołnierze rezerwy będą powoływani do monitorowania integralności terytorialnej kraju w obliczu wzmożonej aktywności dronów wykorzystywanych przez Ukrainę do ataków na Rosję, naruszających jednocześnie przestrzeń powietrzną Finlandii - poinformowało w poniedziałek dowództwo sił zbrojnych.
Na przełomie marca i kwietnia na terenie płd.-wsch. Finlandii znaleziono cztery bojowe drony, które – jak utrzymują władze – prawdopodobnie wtargnęły do Finlandii, naruszając przestrzeń powietrzną kraju w czasie ostatnich ataków Ukrainy na porty i terminale naftowe Rosji położone nad Zatoką Fińską. Policja i wojsko zakładają, że w terenie, w tym trudnodostępnym, może leżeć więcej rozbitych bezzałogowcow, a część mogła też spaść do morza.
Drodzy Bracia i Siostry!
W Rzymie na Awentynie znajduje się opactwo benedyktyńskie św. Anzelma. Jako siedziba Instytutu Studiów Wyższych oraz opactwa prymasa benedyktynów skonfederowanych, stanowi ono miejsce, które łączy w sobie modlitwę, naukę i zarządzanie, czyli te trzy płaszczyzny aktywności, które cechują życie Świętego, któremu opactwo jest dedykowane: Anzelmowi z Aosty, którego 900. rocznica śmierci przypada w tym roku. Liczne inicjatywy, podjęte zwłaszcza przez diecezję Aosty z okazji tej rocznicy, ukazały zainteresowanie, które nadal budzi ten średniowieczny myśliciel. Jest on znany również jako Anzelm z Bec i Anzelm z Canterbury, ponieważ związany był w tymi miastami. Kim jest ta osobistość, z którą trzy miejsca, oddalone od siebie i znajdujące się w trzech różnych krajach - we Włoszech, we Francji i w Anglii - czują się szczególnie związane? To mnich o intensywnym życiu duchowym, znakomity wychowawca młodzieży, teolog o niezwykłych zdolnościach spekulatywnych, mądry zarządca i niezłomny obrońca „libertas Ecclesiae” - wolności Kościoła. Anzelm jest jedną z wybitnych osobowości średniowiecza, potrafił połączyć wszystkie te przymioty dzięki głębokiemu doświadczeniu mistycznemu, które zawsze kierowało jego myślą i działalnością.
Św. Anzelm urodził się w 1033 r. (lub na początku 1034 r.) w Aoście jako pierworodny syn znamienitej rodziny. Jego ojciec był człowiekiem szorstkim, oddającym się rozkoszom życia i trwoniącym swój majątek; matka zaś to kobieta szlachetnych obyczajów i głębokiej pobożności (por. Eadmero, „Vita s. Anselmi”, PL 159, col. 49). To matka zajęła się wczesną humanistyczną i religijną formacją syna, którego następnie powierzyła benedyktynom z przeoratu w Aoście. Anzelm, który jako dziecko - jak opowiada jego biograf - wyobrażał sobie, że dobry Bóg zamieszkuje wysokie, ośnieżone szczyty Alp, miał pewnej nocy sen, że wysłano go do tego wspaniałego królestwa samego Boga, który długo i serdecznie z nim rozmawiał, po czym poczęstował go „śnieżnobiałym chlebem” (tamże, col. 51). Sen ten pozostawił w nim przekonanie, że został powołany do wypełnienia szczytnej misji. Gdy miał piętnaście lat, poprosił o przyjęcie do Zakonu Benedyktynów, ojciec jednak całą swoją władzą sprzeciwił się temu i nie ustąpił nawet wtedy, gdy ciężko chory syn, czując, że koniec jest bliski, błagał o zakonny habit jako ostatnią pociechę. Anzelm powrócił do zdrowia, a potem, po przedwczesnej śmierci matki, przeżywał czas moralnego zagubienia: zaniedbał naukę i porwany ziemską namiętnością, stał się głuchy na napomnienia Boga. Porzucił dom i zaczął włóczęgę po Francji w poszukiwaniu nowych przeżyć. Trzy lata później, gdy dotarł do Normandii, udał się do opactwa Benedyktynów w Bec, przyciągnięty sławą Lanfranka z Pawii, przeora klasztoru. Było to dla niego spotkanie opatrznościowe i decydujące o dalszym jego życiu. Anzelm z zapałem podjął studia pod kierunkiem Lanfranka i w krótkim czasie stał się nie tylko ulubionym uczniem, ale również powiernikiem mistrza. Zapłonęło w nim na nowo jego powołanie zakonne i - po starannym rozważeniu - w wieku 27 lat wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie. Asceza i studium otworzyły przed nim nowe horyzonty, pozwalając mu odkryć na nowo, i to w znacznie większym stopniu, tę zażyłość z Bogiem, jaką miał jeszcze jako dziecko.
Gdy w 1063 r. Lanfrank został opatem w Caen, Anzelm, po trzech zaledwie latach życia monastycznego, mianowany został przeorem klasztoru w Bec i mistrzem klauzurowej szkoły, wykazując się zdolnościami wychowawczymi. Nie lubił metod autorytarnych, porównywał młodych ludzi do małych roślin, które rosną lepiej, kiedy nie są zamknięte w pomieszczeniach, i pozostawiał im „zdrową” swobodę. Był bardzo wymagający wobec samego siebie i wobec innych, gdy chodziło o przestrzeganie wymogów życia monastycznego, lecz zamiast narzucać dyscyplinę, stosował perswazję. Po śmierci opata Erluina, założyciela opactwa w Bec, w lutym 1079 r. Anzelm wybrany został jednogłośnie na jego następcę. Tymczasem wielu mnichów wezwano do Canterbury, by zanieść braciom zza kanału La Manche odnowę, jaka dokonywała się na kontynencie. To dzieło spotkało się z dobrym przyjęciem do tego stopnia, że Lanfrank z Pawii, opat Caen, został nowym arcybiskupem Canterbury i poprosił Anzelma o pozostanie z nim na jakiś czas, aby uczyć mnichów i pomóc mu w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się jego wspólnota kościelna po najeździe Normanów. Pobyt Anzelma okazał się bardzo owocny, zaskarbił on sobie sympatię i szacunek tak, iż po śmierci Lanfranka wybrano go na jego następcę na stolicy arcybiskupiej w Canterbury. Sakrę biskupią przyjął uroczyście w grudniu 1093 r.
Anzelm przystąpił od razu energicznie do walki o wolność Kościoła, odważnie domagając się niezależności władzy duchowej od władzy doczesnej. Bronił Kościoła przed bezprawną ingerencją władz politycznych, przede wszystkim królów Wilhelma Rudego i Henryka I, zachętę i poparcie znajdując u papieża, któremu okazywał zawsze śmiałe i serdeczne oddanie. Wierność tę przypłacił w 1103 r. nawet goryczą wygnania ze swej stolicy w Canterbury. Dopiero w 1106 r., gdy król Henryk I
wyrzekł się roszczeń udzielania kościelnej inwestytury oraz ściągania podatków kościelnych i konfiskaty mienia Kościoła, Anzelm mógł powrócić do Anglii, radośnie witany przez duchowieństwo i lud. Tak szczęśliwie zakończyła się walka, jaką stoczył orężem wytrwałości, dumy i dobroci. Ten Święty Arcybiskup, który budził wokół siebie podziw, gdziekolwiek się udał, ostatnie lata swego życia poświęcił przede wszystkim moralnej formacji duchowieństwa i intelektualnym badaniom zagadnień teologicznych. Zmarł 21 kwietnia 1109 r., słuchając słów Ewangelii czytanej tego dnia podczas Mszy św.:
„Wyście wytrwali przy Mnie w moich przeciwnościach. Dlatego i Ja przekazuję wam królestwo, jak Mnie przekazał je mój Ojciec: abyście w królestwie moim jedli i pili przy moim stole” (Łk 22, 28-30). W ten sposób spełnił się sen o tej tajemniczej uczcie, który w dzieciństwie miał na samym początku swej drogi duchowej. Jezus, który zaprosił go, by siadł przy Jego stole, przyjął św. Anzelma po śmierci do wiecznego królestwa Ojca.
„Błagam Cię, Boże, obym mógł Cię poznać, obym Cię kochał, bym mógł się Tobą radować. A jeżeli nie mogę w całej pełni w tym życiu, niech przynajmniej stale postępuję naprzód, aż nadejdzie to w pełni” („Proslogion”, rozdz. 14). Modlitwa ta pozwala zrozumieć mistyczną duszę tego wielkiego Świętego okresu średniowiecza, twórcy teologii scholastycznej, któremu tradycja chrześcijańska przyznała tytuł „Doctor Magnificus”, ponieważ żywił gorące pragnienie zgłębiania tajemnic Bożych, z pełną świadomością jednak, że droga poszukiwania Boga nigdy się nie kończy, przynajmniej na tej ziemi. Jasność i logiczny rygoryzm jego myśli zawsze miały na celu „wzniesienie duszy do kontemplacji Boga” (tamże, „Proemium”). Stwierdził on wyraźnie, że ten, kto chce uprawiać teologię, nie może liczyć jedynie na swą inteligencję, ale musi pielęgnować jednocześnie głębokie przeżywanie wiary. Działalność teologa, według św. Anzelma, rozwija się więc w trzech etapach: wiara - bezinteresowny dar od Boga, który należy przyjąć z pokorą; doświadczenie - które polega na wcieleniu słowa Bożego we własnym codziennym życiu; wreszcie prawdziwe poznanie - które nigdy nie jest owocem ascetycznego rozumowania, lecz kontemplatywną intuicją. Jak najbardziej aktualne pozostają także dziś w tej materii, dla zdrowych badań teologicznych i dla każdego, kto chciałby zgłębić prawdę wiary, jego słynne słowa: „Nie próbuję, Panie, przeniknąć Twojej głębi, gdyż w żadnym razie nie przyrównuję do niej mego intelektu; pragnę jednak, przynajmniej do pewnego stopnia, zrozumieć Twoją prawdę, w którą wierzy i którą kocha moje serce. Nie staram się bowiem zrozumieć, abym uwierzył, ale wierzę, bym zrozumiał” (tamże, 1).
Drodzy Bracia i Siostry, miłość do prawdy i nieustanne pragnienie Boga, które naznaczyły całe życie św. Anzelma, niech będą dla każdego chrześcijanina bodźcem do niezmordowanego poszukiwania coraz głębszej jedności z Chrystusem - Drogą, Prawdą i Życiem. Oprócz tego gorliwość, pełen odwagi zapał, który wyróżniał jego pasterską działalność i który przysporzył mu czasem niezrozumienia, goryczy, a nawet wygnania, niech będzie zachętą dla pasterzy, osób konsekrowanych i wszystkich wiernych, by kochać Kościół Chrystusowy, modlić się, pracować i cierpieć dla niego, nie porzucając go nigdy ani nie zdradzając. Niechaj wyjedna nam tę łaskę Dziewica Matka Boża, do której św. Anzelm żywił czułe i synowskie nabożeństwo. „Maryjo, Ciebie serce moje chce miłować - pisze św. Anzelm - Ciebie język mój pragnie żarliwie sławić”.
Uczniowie z kolbuszowskiego LO z ks. Mariuszem Uryniakiem
Udział w ogólnopolskim finale był dla uczniów nie tylko sprawdzianem wiedzy, ale także okazją do pogłębienia duchowości i poznania inspirującej postaci św. Maksymiliana Marii Kolbego. Zakres materiału był wymagający. Obejmował nie tylko biografię świętego, ale również jego pisma oraz Ewangelię według św. Marka. Równie wymagający był sam finał - rozdzielne sale a pytania wymagały dużej precyzji. Olimpiada stała się okazją do głębszej refleksji nad własną drogą życiową w kontekście życia św. Maksymiliana. Uczniom towarzyszył katecheta, ks. mgr lic. Mariusz Uryniak, który od lat przygotowuje młodzież do udziału w olimpiadzie. Jak podkreśla, jego rola polega przede wszystkim na inspirowaniu: „Właściwie to uczniowie przygotowują się sami, ja jestem tylko tym, który zachęca ich do tego, żeby rzeczywiście czytali życiorys Maksymiliana”. Duchowe znaczenie tej inicjatywy jest zdaniem kapłana, nie do przecenienia: „To niezwykła postać, która myślę, że pomimo tego, że już nie żyje, ale ciągle inspiruje nas do tego, żeby umieć poświęcać się i żyć dla innych ludzi”. Jak dodaje, szczególnie bliskie pozostają mu słowa świętego: „Zdanie, które mnie zawsze inspirowało i inspiruje św. Maksymiliana to: tylko miłość jest twórcza”. W kolbuszowskim liceum udział w olimpiadzie stał się już tradycją: „Mam nadzieję, że dalej będziemy z sukcesami uczestniczyć w tej olimpiadzie” – podkreśla ks. Uryniak.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.