Reklama

Samotność Ojcostwa

Niedziela przemyska 9/2005

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Mimo tak trudnej sytuacji, Pelczar całym zapałem i gorliwością oddał się swojej profesorskiej posłudze. Jako nowy profesor nie miał wpływu na sytuację uniwersytecką. Postanowił, że najpierw trzeba w miarę spokojnie rozpatrzyć się w sytuacji.
Wiele w tych pierwszych miesiącach posługi zawdzięczał ks. Krakowskiemu. Nie była to pomoc merytoryczna, bo wiedzę miał niewątpliwie wystarczającą, a zdolności dydaktyczne szły za nią w parze. Raczej chodziło o wspólne rozmowy, spotkania. Było to szczególnie potrzebne, ponieważ już od początku zdarzały się nieporozumienia, których nie prowokował, ani nie zamierzał.
Pierwszym trudnym doświadczeniem było poczucie wyobcowania. Jeszcze zanim cokolwiek można było powiedzieć o jego sposobie prowadzenia wykładów, był przez grono profesorskie traktowany jako ktoś obcy. Józef czuł ten dystans, jaki dzielił go od innych profesorów.
Przypatrzywszy się, w jaki sposób traktowano wykłady, wewnętrznie się z tym nie zgadzał. Nie mógł patrzeć spokojnie na utarty sposób przekazywania wiedzy studentom - suchy wykład, stare podręczniki, z których korzystali w układaniu wykładów, a czasem wprost je odczytywali.
Józef postanowił, że zrobi w tej dziedzinie wyłom. Do wykładów przygotowywał się długo i korzystał z najnowszych podręczników, rozczytywał się w opracowaniach. Studentom przekazywał to, czego nie mogli znaleźć w dostępnych im podręcznikach. Pozostałe tematy zadawał jako obowiązkową lekturę.
Pierwsze kroki nie były łatwe także ze strony samych studentów, zwłaszcza tych ze starszych roczników. Student jak student, szuka sposobu jak najłagodniejszego przejścia przez lata studiów. A te były rzeczywiście łatwe. I oto nagle w ten spokój monotonnego wykładu, podczas którego można było czytać interesujące książki, lub oddawać się intelektualnym „wagarom” wkracza niespokojny duch profesora. Po kilku pierwszych, wprowadzających wykładach młody profesor zaczął domagać się osobistego zaangażowania studenta.
Studenci zapisali zadane tytuły, z których winni zaczerpnąć wiedzy i uznali, że jak dotąd to wszystko. Jakież było zdziwienie, kiedy któregoś dnia nowy profesor nie zasiadł, jak to było w zwyczaju za katedrą, nie wyjął przygotowanego wykładu, ale wszedł między stoliki słuchaczy i zaczął pytać o tematy, które wcześniej zadał. Konsternacja. Pelczar czuł wewnętrzny opór i jakiś bunt w klimacie sali. Jednak nie ustąpił. Mimo żenującej sytuacji kompletnej niewiedzy i nieznajomości zadanego materiału, konsekwentnie odpytywał kolejnych studentów. Niewiele osiągnął. Po zaplanowanym czasie dyskursu, od którego oczekiwał ciekawych rozmów, dyskusji, a których nie było, podjął kolejny temat i po zakończeniu wykładu podał kolejne tematy, do których studenci mieli przygotować się samodzielnie. Nie zwracał uwagi na szmer niezadowolenia.
Kolejne spotkanie było już nieco inne. Znaleźli się gorliwi, którzy na serio przyjęli nowy styl i widać było, że sięgnęli do podręczników. Wtedy Józef odkrył kolejny problem. Studenci, jak to zauważył, czytali zadany tekst, ale nie rozumieli go, a co gorsza, nie umieli się właściwie wysłowić. To już jednak utwierdziło Pelczara, że metoda jest słuszna.
- Bardzo się cieszę, że dzisiaj nasza rozmowa nie była już tak milcząca jak poprzednio. Będziemy ten sposób naszych spotkań kontynuować. Jako księża słowem będziecie głosić orędzie Dobrej Nowiny. Zatem to wasze podstawowe narzędzie posługi. Trzeba go więc doskonalić i temu winny służyć nasze spotkania.
Młodzi przyjęli te słowa bez komentarza. Nie odczuł też entuzjazmu. Już wkrótce okazało się, że sprawa była szeroko komentowana w gronie starych profesorów. Bez kamuflażu wyrażali swoją dezaprobatę dla nowych sposobów dydaktycznych przybysza z Przemyśla. To, bardziej niż opór czy nieudolność studentów dotknęło Józefa. Dał temu wyraz w rozmowie z ks. Krukowskim.
- Cóż - odrzekł Józef - gwałtownicy zdobywają Królestwo Boże, a pewnie i trzeba dodać, że i królestwo wiedzy i nauki. Musisz to przetrzymać. Słyszałem, zanim to do Ciebie dotarło, sarkania na nowinkarstwo, jak to określili. Studenci owszem, z początku byli oporni. Nawet skarżyli się do starszych profesorów szukając sposobu ucieczki od wymagań. Oni dobrze znają tych ludzi, chociaż muszę powiedzieć, nie cenią ich wysoko. Spotkałem jednak jednego ze studentów, który powiedział, że ten sposób prowadzenia wykładu zaczyna zyskiwać wielu zwolenników. Studenci przestali się nudzić. Ów dialog na początku wykładu, ożywia. Ale nie to zyskało Ci szacunek, lecz fakt, że zobaczyli, iż nie wymagasz tylko od nich, ale nade wszystko sam mozolnie przygotowujesz wykład. Przez zupełny przypadek rozmawiałem z jednym ze studentów. Mniejsza o nazwisko. Nie wiedział, że jesteśmy kolegami i dał piękne świadectwo. Oto, co powiedział: „Ksiądz Pelczar swoją funkcję na katedrze pojmuje jako zadanie apostolskie. Kiedy wykłada odczuwamy, że czyni to z miłości do spraw Bożych. To sprawia, że nawet trudne, oschłe tematy ożywają na jego wykładach, zaczynają tętnić życiem. Zawstydza, ale i mobilizuje nas do gorliwości to, że odsłania swoją miłość do kapłaństwa, swoje zatroskanie o umiłowanie przez nas drogi posługi”.
Bardzo potrzebna była ta rozmowa. Przekonała Józefa, że trzeba iść tą drogą. Przestał martwić się o siebie. Czuł intuicyjnie, że metoda ta przyniesie owoce, że uda się przekonać opornych.
Innym powodem smutku było niezrozumienie i posądzenie go o próbę wywyższania się nad innych. Obok wykładów postanowił odwdzięczyć się franciszkanom za gościnę, tak jak umiał. Codziennie odprawiał w ich kościele Mszę św., spowiadał, ale też chętnie podejmował się głoszenia kazań. Nigdy nie myślał, żeby z kimś konkurować. Zawsze sumiennie przygotowywał się do tej posługi. Okazało się, że krnąbrni krakowianie szybko docenili jego kazania. Niemal przekazywano sobie wiadomości, o tym, że kazanie będzie głosił Pelczar i wtedy w kościele pojawiała się liczna grupa wiernych. Cieszyło to Józefa i przyjmował to z radością. Ani w głowie miał chęć konkurowania. A jednak. Znowu któregoś dnia spotkawszy się z Krakowskim usłyszał.
- Ani sobie nie myślałem, że taki to trudny chleb. Że też Ciebie to ciągle musi spotykać.
- Co się znowu dzieje? - niespokojnie zapytał Pelczar.
- Ano dzieje. Widzisz, jest tu w Krakowie ks. Golian. Utarła się opinia, że to pierwszy kaznodzieja miasta. Soliński w to uwierzył i bardzo mu to imponowało. Teraz zaczęły go dochodzić głosy o Twoich duszpasterskich i kaznodziejskich sukcesach. Bardzo go to zabolało i zaczął rozpowiadać, że robisz to specjalnie przeciw niemu.
- Wiesz, już nie wiem, co robić. Ani mi w głowie konkurowanie z kimkolwiek.
- Przecież wiem, że masz czyste intencje. Spokojnie, przecież nie możesz za przeproszeniem „ględzić” tylko po to, by zaspokoić czyjeś ambicje, lekceważąc słuchacza.
Pelczar szybko pożegnał się z Krukowskim. Chciał zostać sam. Poszedł do świątyni. Przed obrazem Matki Bożej, przed którym codziennie sprawował Najświętszą Ofiarę długo klęczał. Kiedy wrócił do mieszkania zapisał w swoim dzienniczku: „Już pierwsze moje kazania zjednały mi niemałą sławę u kapryśnej publiczności krakowskiej, a gdy jedni wynosili mię pod niebiosa (acz niesłusznie), drudzy starali się poniżyć, uważając mnie (znowu niesłusznie) za współzawodnika znakomitego kaznodziei ks. Zygmunta Goliana. Nawet do spraw Bożych mieszają się słabości ludzkie”.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2005-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus - "Moim powołaniem jest miłość"

Niedziela łódzka 22/2003

[ TEMATY ]

św. Teresa z Lisieux

Adobe Stock

Św. Teresa z Lisieux

Św. Teresa z Lisieux

O św. Teresie od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitance z Lisieux we Francji, powstały już opasłe tomy rozpraw teologicznych. W tym skromnym artykule pragnę zachęcić czytelników do przyjaźni z tą wielką świętą końca XIX w., która także dziś może stać się dla wielu ludzi przewodniczką na krętych drogach życia. Może także pomóc w zweryfikowaniu własnego stosunku do Pana Boga, relacji z Nim, Jego obrazu, który nosimy w sobie.

Życie św. Teresy daje się streścić w jednym słowie: miłość. Miłość była jej głównym posłannictwem, treścią i celem jej życia. Według św. Teresy, najważniejsze to wiedzieć, że jest się kochanym, i kochać. Prawda to, jak może się wydawać, banalna, ale aby dojść do takiego wniosku, trzeba w pełni zaakceptować siebie. Św. Teresie wcale nie było łatwo tego dokonać. Miała niesforny charakter. Była bardzo uparta, przewrażliwiona na swoim punkcie i spragniona uznania, łatwo ulegała emocjom. Wiedziała jednak, że tylko Bóg może dokonać w niej uzdrowienia, bo tylko On kocha miłością bez warunków. Dlatego zaufała Mu i pozwoliła się prowadzić, a to zaowocowało wyzwoleniem się od wszelkich trosk o samą siebie i uwierzeniem, że jest kochana taką, jaka jest. Miłość to dla św. Teresy "mała droga", jak zwykło się nazywać jej duchowy system przekonań, "droga zaufania małego dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach Ojca". Św. Teresa ufała bowiem w miłość Boga i zdała się całkowicie na Niego. Chciała się stawać "mała" i wiedziała, że Bogu to się podoba, że On kocha jej słabości. Ona wskazała, na przekór panującemu długo i obecnemu często i dziś przekonaniu, że świętość nie jest dostępna jedynie dla wybranych, dla tych, którzy dokonują heroicznych czynów, ale jest w zasięgu wszystkich, nawet najmniejszych dusz kochających Boga i pragnących spełniać Jego wolę. Św. Teresa była przekonana, że to miłosierdzie Boga, a nie religijne zasługi, zaprowadzi ją do nieba. Św. Teresa chciała być aktywna nie w ćwiczeniu się w doskonałości, ale w sprawianiu Bogu przyjemności. Pragnęła robić wszystko nie dla zasług, ale po to, by Jemu było miło i dlatego mówiła: "Dzieci nie pracują, by zdobyć stanowisko, a jeżeli są grzeczne, to dla rozradowania rodziców; również nie trzeba pracować po to, by zostać świętym, ale aby sprawiać radość Panu Bogu". Św. Teresa przekonuje w ten sposób, że najważniejsze to wykonywać wszystko z miłości do Pana Boga. Taki stosunek trzeba mieć przede wszystkim do swoich codziennych obowiązków, które często są trudne, niepozorne i przesiąknięte rutyną. Nie jest jednak ważne, co robimy, ale czy wykonujemy to z miłością. Teresa mówiła, że "Jezus nie interesuje się wielkością naszych czynów ani nawet stopniem ich trudności, co miłością, która nas do nich przynagla". Przykład św. Teresy wskazuje na to, że usilne dążenie do doskonałości i przekonywanie innych, a zwłaszcza samego siebie, o swoich zasługach jest bezcelowe. Nigdy bowiem nie uda się nam dokonać takich czynów, które sprawią, że będziemy w pełni z siebie zadowoleni, jeśli nie przekonamy się, że Bóg nas kocha i akceptuje nasze słabości. Trzeba zgodzić się na swoją małość, bo to pozwoli Bogu działać w nas i przemieniać nasze życie. Św. Teresa chciała być słaba, bo wiedziała, że "moc w słabości się doskonali". Ta wielka święta, Doktor Kościoła, udowodniła, że można patrzeć na Boga jak na czułego, kochającego Ojca. Jednak trwanie w takim przekonaniu nie przyszło jej łatwo. Przeżywała wiele trudności w wierze, nieobce były jej niepokoje i wątpliwości, znała poczucie oddalenia od Boga. Dzięki temu może być nam, ludziom słabym, bardzo bliska. Jest także dowodem na to, że niepowodzenia i trudności są wpisane w życie każdego człowieka, nikt bowiem nie rodzi się święty, ale świętość wypracowuje się przez walkę z samym sobą, współpracę z łaską Bożą, wypełnianie woli Stwórcy. Teresa zrozumiała najgłębszą prawdę o Bogu zawartą w Biblii - że jest On miłością - i dlatego spośród licznych powołań, które odczuwała, wybrała jedno, mówiąc: "Moim powołaniem jest miłość", a w innym miejscu: "W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością".
CZYTAJ DALEJ

Ewangelizował nawet na swoim pogrzebie. Kąty Wrocławskie pożegnały ks. Wojciecha Draba

2026-10-01 21:10

[ TEMATY ]

bp Marek Mendyk

diecezja świdnicka

ks. Krzysztof Ora

pogrzeb kapłana

ks. Wojciech Drab

ks. Mirosław Benedyk/Niedziela

Ks. Kan. Wojciech Drab (1971-2026)

Ks. Kan. Wojciech Drab (1971-2026)

Pogrzeb ks. Wojtka stał się dla mnie nadzwyczajnymi rekolekcjami o kapłaństwie, o życiu pomimo śmierci, o Kościele, który jest piękną wspólnotą – napisał po uroczystości ks. kan. Krzysztof Ora. I rzeczywiście: 1 października w Kątach Wrocławskich nie zabrakło łez i bólu, ale jeszcze mocniej wybrzmiewała wiara, że śmierć nie ma ostatniego słowa.

CZYTAJ DALEJ

Bp Riabucha: sprowadzenie przywódców do stołu dialogu przekracza ludzkie możliwości

2026-10-02 16:53

[ TEMATY ]

dialog

Ukraina

wojna Rosja‑Ukraina

Bp Riabucha

KAI/ ugcc.ua

Bp Riabucha, biskup pomocniczy greckokatolickiego egzarchatu donieckiego

Bp Riabucha, biskup pomocniczy greckokatolickiego egzarchatu donieckiego

„Sprowadzenie przywódców do stołu dialogu to coś, co przekracza ludzkie możliwości. Tylko zaufanie i umiejętność skupienia się wokół Boga mogą uczynić możliwym nawet to, co pozornie niemożliwe” - mówił greckokatolicki egzarcha doniecki bp Maksym Riabucha w rozmowie z włoską agencją SIR. Zachęcił, by nigdy nie przestawać „wierzyć, że cuda są zawsze możliwe i że zło nigdy nie będzie miało ostatniego słowa”.

Odnosząc się do niedawnego wezwania Leona XIV do odmawiania różańca w intencji, aby „wojny ustały, a pokój zapanował między narodami w konflikcie”, hierarcha przypomniał, że „wielokrotnie uczniowie zdawali sobie sprawę, że Jezus nie tylko czynił, ale wręcz prosił o rzeczy niezwykle trudne, wręcz niemożliwe” i „powtarzał im: jeśli macie wiarę wielkości ziarnka gorczycy, ujrzycie jeszcze większe cuda”. „Zdaję sobie sprawę, że zgromadzenie przywódców przy stole, by dyskutować i próbować rozwiązywać problemy poprzez zaprzestanie działań wojennych i dialog, to coś, co przekracza ludzkie możliwości. Dlatego wierzę, że tylko zaufanie i umiejętność skupienia się wokół Boga mogą uczynić możliwym nawet to, co pozornie niemożliwe” - stwierdził bp Riabucha.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję