Reklama

Zobaczyć „Alberta”

Niedziela przemyska 29/2004

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Na sanockim przystanku MKS-u zatrzymał się autobus. Wokół poszarpane plakaty wyborcze „Wybierzmy...”, „Będzie lepszy...”, „Rozliczymy...”, reklamy imprez rozrywkowych typu mega, giga i super. Twarze pasażerów skupione, nieobecne, sztucznie uśmiechnięte, ciągle śpieszące się, bo „to takie czasy...”. Nagle poruszenie, ktoś się przepycha. To znowu jakiś „albert” - słychać komentarze. Nietrzeźwy, cuchnący, wulgarny i pewnie niebezpieczny - dodaje ktoś. Czy to aby jeszcze na pewno człowiek? Jakiś „albert”.
Słowo-imię stało się synonimem bezdomnego, kogoś wyrzuconego poza margines życia. Ludzie w autobusie odsuwają się, patrzą w szyby i nie widzą człowieka. Nie chcą patrzeć na zniszczoną, więc mało medialną twarz z oczyma pełnymi goryczy, smutku, żalu, strachu i bólu, ale też z oczyma wołającymi RATUNKU!
Zmieniają się pasażerowie autobusu, jedni oddychają z ulgą, drudzy szybko zapominają cały incydent.
Tylko ten „albert” z dziwnymi oczyma pozostał. Dźwignął swoją reklamówkę. Znów nikt nie pomógł, a i choroba alkoholowa przypomina o sobie.
Niedzielne przedpołudnie. Polska rodzina wybierająca się do kościoła. W kuchni pachnie rosół, wyjęte odświętne koszule, krawaty i sukienki. Na Mszy św. ewangeliczne czytanie: „bo byłem głodny... bo byłem spragniony... byłem w więzieniu...”. Znane?
„... nie potrzebują lekarza zdrowi”. Tak łatwo się tego słucha. Pan Jezus umywający nogi Apostołom tak wrósł w wielkopostne misterium, że aż zwyczajne.
I tylko znowu gdzieś chodnikiem przemykający „albert” ostrożnie mijany, tak na wszelki wypadek.
Dlaczego „albert”? Bo to był jakiś święty czy ktoś, co rozdawał jedzenie bezdomnym. To jedna z najczęstszych odpowiedzi przygodnie zapytanego człowieka. W Sanoku dodają że jest to jeszcze patron jakichś dziwaków, którym zachciało się pomagać pijaczkom.
Kim był ten człowiek, który potrafił swoją postawą poderwać i zafascynować setki ludzi do uważniejszego patrzenia w oczy drugiego człowieka. Urodzony w 1845 r. w Igołomi k. Krakowa Adam Chmielowski, patriota walczący w Powstaniu Styczniowym, gdzie był ranny, więziony i gdzie amputowano mu nogę. Ukończył studia inżynieryjne oraz plastyczne. Wybitnie uzdolniony artystycznie, z szerokimi perspektywami życiowymi, należący do śmietanki towarzyskiej. Inteligencją przewyższający wiele autorytetów ówczesnego świata intelektualnego. W 1884 r. przyjeżdża do Krakowa, gdzie spotyka się ze środowiskiem bezdomnych i jego potrzebami. Poruszony tym obrazem w wieku 42 lat rezygnuje ze sławy i zaszczytów, oddając się pracy dla najuboższych. W 1887 r. przywdziewa habit zakonny, przyjmując imię Brata Alberta, zakłada zgromadzenie Braci i Sióstr Albertynów w których organizację i sposób życia opiera na pierwotnym franciszkanizmie z jego ewangelicznym, radosnym ubóstwem. Tworzy przytułki, schroniska, ogrzewalnie. Umiera w 1916 r. w opinii powszechnej świętości. Relikwie znajdują się w kościele Ecce Homo w Krakowie.
W 1983 r. Papież Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, a w 1989 r. świętym. Tak się złożyło, że jego sposób patrzenia na drugiego człowieka był realny, konkretny i niezwykle „zaraźliwy” bo potrafił zapalać sobą innych.

* * *

Jeden z normalnych dni w podsanockich Olchowcach. Biały dom z wysokim ogrodzeniem. Dzwoni domofon. To inspekcja kontrolna z Sanepidu. Ostrożnie wkraczające panie z lekką obawą rozglądają się wokoło. Wózki inwalidzkie, kule, cała masa ludzkiego nieszczęścia. Jakaś pani energicznie musztrująca na działce potulnie stojących z motykami w rękach panów, których one wolałyby nie spotkać wieczorem na ulicy. Trzęsące się ręce, delikatnie plewiące chwasty z drobnej, wschodzącej marchewki. Przemykające z tacami, kubkami, miotłami, myjące olbrzymie stosy naczyń postacie w białych fartuchach, których twarze zdradzają trudy, błędy życia. Pomiędzy nimi kobiety - drobne pielęgniarki i kucharki, uśmiechnięte i żartujące praktykantki ze Szkoły Medycznej, wolontariuszki, studenci, przeplatające się języki: polski, niemiecki i słowacki.
To chyba cud. Wśród mieszkańców domu zauważają znajomą twarz. Tak, to ten sam „albert” z autobusu, ale jakiś inny. Grzeczny, czysty, pilnujący porządku. Tylko te oczy są nadal dziwne. Teraz nie wołają: „RATUNKU” a raczej „DZIĘKUJĘ”.
Dlaczego one zobaczyły to dopiero teraz? Inspekcja wypada pomyślnie. Drobne uchybienia usuwane są natychmiast. I znów pytanie. Jak wy to robicie? To przecież cud.
Ten cud ma dwie twarze. Pierwsza twarz duchowa, gdy przed Najświętszym Sakramentem, przy relikwiach św. Brata Alberta, u stóp Matki Bożej Fatimskiej przesuwają się paciorki różańca, szepczące: Zdrowaś Mario... To wtedy to, co niemożliwe staje się możliwe. Druga twarz to realna praca, oddanie i doświadczenie „ludzi od albertów”. Misternie układane plany Zarządu Koła i Pani Prezes, ale i błyskawiczne wynikające z potrzeby chwili decyzje kierownika, opiekunów czy innych pracowników - bo tu nigdy niczego nie można przewidzieć „na pewno” - składają się na całość pracy domu.
Często też czar pryska jak bańka mydlana. Choroba alkoholowa daje znać o sobie. Nieumiejętność rozwiązywania problemów dnia codziennego czy niekontrolowane posiadanie gotówki powoduje, że do autobusu znowu wsiada „albert” ze smutnymi oczyma. W sercach pracowników mieszają się uczucia złości i rozczarowania, ale i litości. Konsekwencja jest gwarancją sukcesu, a człowiek jest człowiekiem. Z rozdartą duszą trzeba mówić: złamałeś regulamin, wiedziałeś o skutkach, jesteś dorosły, karą jest odejście. Ale nigdy nie pada słowo „NA ZAWSZE”, bo w albertyńskiej placówce paść ono nie może. Jeżeli będziesz w potrzebie, przyjdź po pomoc, ale o formie zadecydujemy my; czy będziesz mógł zostać, to się zobaczy. Teraz musisz dom opuścić. Kara też jest formą pomocy, a to trudno zrozumieć.
Dlatego „ci od albertów” nie są do końca traktowani poważnie. Nowy, lepszy samochód, markowe ubrania, wczasy nad ciepłym morzem, to tak. Zmienianie pampersów psychicznie choremu bezdomnemu, często wśród steków wyzwisk, ale z satysfakcją, to już nie jest normalne. Przecież wystarczy raz w roku wrzucić zmarzniętemu kwestującemu do puszki parę złotych i mieć sprawę z głowy i czyste sumienie.
Wierzymy, że kiedyś usłyszymy: bo byłem głodny... byłem spragniony... byłem przybyszem..., a nie „ile miałeś zer na koncie”. I co wtedy? Czy nie przypomni mi się tamto niedzielne przedpołudnie, czytana Ewangelia i oczy tamtego „alberta”.
Spróbuj zobaczyć „alberta”.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2004-12-31 00:00

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Biskupi USA powołali grupę ds. sztucznej inteligencji. Chcą ochrony godności człowieka

2026-09-17 07:26

[ TEMATY ]

sztuczna inteligencja

Adobe Stock

Amerykańscy biskupi powołali grupę roboczą, która ma zajmować się ochroną godności ludzkiej w związku z rozwojem sztucznej inteligencji. Kilkunastu hierarchów udało się także na Kapitol, gdzie apelowali do Kongresu o wprowadzenie zabezpieczeń dotyczących AI oraz przepisów chroniących dzieci w internecie.

Przed powołaniem grupy przedstawiciele episkopatu spotkali się z reprezentantami firm technologicznych oraz specjalistami zajmującymi się sztuczną inteligencją. Rozmowy dotyczyły m.in. sposobów zagwarantowania, aby rozwój i wykorzystywanie AI służyły człowiekowi oraz respektowały jego godność.
CZYTAJ DALEJ

Trwają prace nad procesem beatyfikacyjnym ojca, który zmarł, ratując życie swojemu synowi

2026-09-17 07:44

[ TEMATY ]

beatyfikacja

prooces beatyfikacyjny

Zdjęcie dzięki uprzejmości Toma Vandera Woude Guild/aciprensa.com

Tom Vander Woude z małym Josephem „Josie” Vander Woude

Tom Vander Woude z małym Josephem „Josie” Vander Woude

Proces beatyfikacyjny Toma Vandera Woude'a wciąż postępuje - informuje diecezja Arlington w stanie Wirginia.

Wypadek miał miejsce na posesji Woude’ów. Ich najmłodszy syn, nastoletni wówczas Joseph, który ma zespół Downa, wpadł do przydomowego szamba. Ojciec skoczył za nim. Udało mu się wypchnąć syna na powierzchnię, dzięki czemu uratował jego życie. Sam jednak wskutek toksycznych oparów zatruł się i utonął.
CZYTAJ DALEJ

Oratorium „Fide fortis" wybrzmiało w Narodowym Forum Muzyki

2026-09-18 22:28

Ilona Baran

Podczas wykonania Oratorium o św. Maurycym

Podczas wykonania Oratorium o św. Maurycym

W Sali Głównej Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu odbyła się prapremiera „Oratorium o św. Maurycym. Fide fortis". Koncert zwieńczył trwające cały rok obchody 800-lecia parafii pw. św. Maurycego na Podczas wieczoru ogłoszono m.in. nadanie placowi przy kościele imienia św. Maurycego oraz zapowiedziano pełne wydanie wojennej kroniki ks. Paula Peikerta. Była to też okazja do podziękowania za zaangażowanie w rok jubileuszowy.

Oratorium o św. Maurycym zostało skomponowane specjalnie na jubileusz 800 - lecia parafii św. Maurycego we Wrocławiu przez Piotra Pałkę do libretta ks. Tadeusza Goleckiego i opowiada historię św. Maurycego, patrona parafii i jednej z ważnych postaci tradycji chrześcijańskiej. Bohater oratorium to dowódca chrześcijańskiego Legionu Tebańskiego, który wraz ze swoimi żołnierzami odmówił złożenia pogańskiej ofiary cesarzowi Maksymianowi. Za tę odmowę zapłacili życiem.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję