Wiekiem była najstarszą osobą na plebanii, zwracaliśmy się jednak do niej tym zdrobnieniem jej imienia. I przyznać trzeba, że wyjątkowo do niej pasowało.
– Kasia – wołał często proboszcz, bo to ona wiedziała, gdzie się co znajduje, gdzie kto co położył, gdzie jest, jak nie ma tam, gdzie powinno być. Wyglądało na to, że tylko ona potrafi zapanować nad przestrzenią i wszystkimi rzeczami do niej przynależnymi. Taka zdolność i staranność. Nie pochlebiała sobie z tego powodu, traktowała to jako coś naturalnego, ot wpisane do zakresu obowiązków. Przybiegała od razu, bez zwłoki, bez względu na to, co w tym czasie aktualnie robiła, zawsze z życzliwym uśmiechem. Wydawało się, że nadużywamy tej jej stałej gotowości do posługi.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
– Czy ona się nigdy nie denerwuje? – pytam organistę po kilkakrotnym przywoływaniu jej przez proboszcza. Wie przecież, że sama jest w kuchni, a on się tylko ubiera, bo wychodzi gdzieś, i ciągle jest mu do czegoś potrzebna.
– Spróbowałby tak z gospodynią.
– Nie ośmieliłby się. Ona by mu powiedziała, gdzie leży teczka, akurat. W pięty by mu weszło. Kasia to ewenement. Nigdy nie widziałem jej złej czy też nawet niezadowolonej. Nie wiem, jak ona to robi i potrafi.
– Dawno tu jest?
Reklama
– Przyszła już tu z proboszczem i była cały czas z pierwszą gospodynią, bratową proboszcza. Teraz jak nastała siostra, to Kasia przyjeżdża tylko parę razy w roku. Jak tamta wyjeżdża do siebie.
– To one się nie lubią?
– Chyba nie, Kasia mówi, że nie ma już siły. Są też razem przez dłuższy czas. Mnie jest głupio wobec niej.
– Dlaczego?
– A, ostatnio jak była, siedzieliśmy w trójkę w jadalni, z kościelnym, księdza jeszcze nie było. I taka rozmowa, sprzeczka właściwie. Młynarz się akurat miał żenić z taką młódką, on wdowiec, ona panna, ileś tam lat różnicy. No i proboszcz mówił, że to możliwe, że z miłości, a kościelny – że dla interesu, i tak się przekomarzali. Kasia gdzieś przechodziła i ja ją pytam, tak z głupia frant: – Pani Kasiu, a u pani to jak z tą miłością? Ona tak się zatrzymała, spojrzała na mnie i mówi: – Niech mi się pan przyjrzy, czy ja nadaję się do miłości? Jakby mi kto w gębę dał. Nie wiedziałem, co zrobić, bo to ani przeprosić, ani zaprzeczyć. Cholera nadała, czułem, że zachowałem się jak cham. Do dziś mi głupio. Proboszcz o niej mówi, że jest małego wzrostu, ale wielkiego serca. – A to dlatego, że tyle wycierpiała od ludzi. – Jakby to miało decydować o dojrzałości i dobroci. Równie dobrze mogła być rozżalona i zgorzkniała – przecież to byłoby bardziej naturalne. Podejrzewałem, że to jej mocna wola i sposób przeżywania swojej wiary. Trudno nie patrzeć z podziwem.
– Chyba nikt jej nigdy nie okazał czułości. A coś takiego naznacza na całe życie. – Tak mówiła o niej gospodyni.
Reklama
Mała, drobna, z garbem na plecach, zachowywała się tak, żeby nie zwracać niczyjej uwagi. Odnosiło się wrażenie, że stara się nie zajmować w ogóle żadnej przestrzeni. Była jakby ulotna, nikła zupełnie za swoimi czynnościami. Aż tak nie absorbowała sobą uwagi, były tylko gotowanie, sprzątanie, pranie i tym podobne, ale nie ona sama. Ją trzeba było dopiero wywołać zza tych czynności. To dziwne, ale nie pamiętało się jej odpoczywającej, chorej czy w jakiejkolwiek niedyspozycji. A przecież to niemożliwe, żeby się zawsze dobrze czuła. W kościele też nie przesiadywała ponad miarę, a nawet starała się jakby umniejszyć ten swój udział.
– Idę na Mszę, żeby miał kto księdzu odpowiadać.
– Jak ona dba o tego koślawego Jezusicka – z podziwem mówił kościelny.
Chodziło o zapomnianą kapliczkę na łąkach. Jak pani Kasia była na miejscu, codziennie niosła tam świeże kwiaty z ogródka, a zimą jakąś zieloną gałązkę.
– Dlaczego koślawy? – dopytywałem.
– Z korzenia jałowca go tu jeden strugał, a to nigdy tak dokładnie nie wyjdzie. Proboszcz to jej mówił, żeby tu o którą we wsi dbała, gdzie ludzie chodzą, a nie tam w polach. Czasami też niosła i tu, jak chciał, ale tam to codziennie. Pewnie dla Niego samego, a nie dla ludzkich oczu. Ja to jej rację przyznaję. Tyle tu chodzi, niech dbają, przy płocie prawie stoją te dwie kapliczki we wsi, a o tamtej to już nikt nie pamięta, bo nikomu nie po drodze. A może jej taki bliski, bo też kaleczny?
Reklama
Moja szczególna wdzięczność wobec pani Kasi dotyczy późniejszego już czasu. Ale – po kolei. Gdzieś tak na wiosnę, marzec to był może, nie, chyba luty, proboszcz wraca z kurii osowiały, jakiś niewyraźny i mocno przy tym tajemniczy, co się często nie zdarza. Zamyka się w muzycznym pokoju, nastawia płytę, ale sam nie śpiewa. Pytamy siebie nawzajem, co się stało, ale nikt nic nie wie, poza tymi widocznymi objawami. Nasze przeczucia biegają w rozmaite strony, w miarę upływu czasu w coraz niezwyklejsze. Pod wieczór przyjeżdża kuzyn proboszcza, też kapłan. Wpada do kuchni, wita się z gospodynią, to jego kuzynka również, mnie w przelocie podaje rękę i znika, nie usłyszawszy odpowiedzi na swoje pytanie.
– U siebie siedzi?
Za chwilę słyszymy podniesione głosy, które przebijają się przez muzykę.
– Kłócą się czy co? – pyta niespokojnie gospodyni.
Słychać oderwane tylko słowa wypowiadane na pewno w emocjach, gruby nosowy tembr naszego proboszcza, a częściej dyszkancik jego kuzyna.
– Trzeba być z rozumu obranym do cna..., potem coś znowu niezrozumiałego. – Głupstwo, głupota, jak chcesz... Nad czym się tu zastanawiać. Ale jednak tyle lat – to nasz proboszcz. – No i wystarczy – to głos zaś tamtego.
I tak to trwa i trwa. Stoimy w jadalni zdezorientowani.
– Nie może pani wejść i zobaczyć, co się dzieje?
– A mnie to po co? Niech sobie pogadają. Jak ich znam, to długo to nie potrwa.
Rzeczywiście, jak spełniająca się zapowiedź pojawia się w drzwiach najpierw gość z miną dosyć zdegustowaną, a za nim proboszcz, chyba bardziej jeszcze przybity niż wpierw. Gestykulują jeszcze, choć już bez słów.
– Łatwo ci mówić.
– A dajże spokój, sentymenty jakieś. O to cię akurat nie podejrzewałem.
– O co idzie? – pyta zirytowana już gospodyni.
– O co, o co – wzdycha proboszcz i w geście bezradności podnosi ręce do góry.
– Propozycję dostał. Zmiana. A on się zastanawia. Taka parafia. Wstydziłbyś się. Ja bym na klęczkach szedł.
– Nie o to idzie. Jak tu teraz zostawić wszystko po tylu latach.
Reklama
– Właśnie dlatego, że po tylu, to trzeba stąd iść. Przyrosłeś, za bardzo się przywiązałeś. To trzeba ciąć. A co ty myślisz, że co rok będą ci się zdarzały takie propozycje? To ostatnia szansa, a on się jeszcze waguje.
Patrzymy, niewiele rozumiejąc z tego wszystkiego. Powoli dociera do nas, co się wydarzyło.
– Gdzie to ma być? Daleko? – gospodyni jest konkretna.
Pada nazwa miejscowości, odległej może o jakie trzydzieści kilka kilometrów, po tej lepszej stronie linii kolejowej, jak tu się mówi.
– Co byś zrobił? – proboszcz zwraca się do mnie. Nie zdążyłem odpowiedzieć.
– Jego pyta. On jest normalny. On by brał z pocałowaniem ręki. Nie tak?
Trwa to cały wieczór, nikt nawet nie myśli o kolacji. Ustalają wreszcie, że jutro pojadą obejrzeć i jeśli się na miejscu nie zrazi, to daje odpowiedź pozytywną.
– Nie będą czekać tygodniami. Chętnych nie brakuje – mobilizuje go jeszcze kuzyn.
Proboszcz jest skołowany. Widać, że to trudna dla niego decyzja, nie może się przemóc, gdyby nie nacisk tamtego, chyba by nie miał sumienia, jak mówi. Ale sprawy potoczą się szybko. Przełom następuje po tych oględzinach. Zostawia sobie jeszcze dzień do namysłu, ale sprawa jest już przesądzona. No i w 3 dni klamka zapada. Następuje też nagła przemiana. Osowiałość proboszcza z czasu zastanawiania rozwiewa się jak ranna mgła. Na jej miejsce pojawiają się ożywienie i dynamizm, wręcz młodzieńcze.
– Zostaniesz tu jakiś czas sam, bo jeszcze nie mają kandydata. Poradzisz sobie, mówiłem im. Pewnie długo to nie potrwa.
Reklama
Dziwny to był tydzień, pożegnań, pakowania i przeprowadzki. Pochłonęło to mnie też jakoś i oderwało od rzeczywistości. Wróciłem z ostatnim transportem i wszedłem najpierw na puste podwórko. Puste i głuche.
Zabrali krowy, psa i kury. Ogołocenie, to rzucało się w oczy i uszy. Jeszcze gorzej było w samej plebanii. Puste przestrzenie pozbawione mebli, firan, obrazów, bałagan. Robiło przygnębiające wrażenie. Tego wieczoru nie miałem już na nic siły, od razu poszedłem do siebie na górę. Budzę się jakby nie w tym domu, przejmująca cisza. Schodzę na dół do kuchni i okazuje się, że na śniadanie przyszedł kot. Nie pozwolił się złapać i teraz dziwi się tym wszystkim zmianom i dopomina swojej porcji mleka. Dzielę się z nim kanapką. Po paru dniach okaże się jeszcze, że w szopie została jedna kura. Przeoczyli ją przy wyłapywaniu. Kiedy ją wypuszczam, wybiega na słaniających się nogach i zbiera nawet kamyki. Odtąd jemy we trójkę na ganku od strony podwórka. Spada na mnie podwójna dawka zajęć i jakby tego było jeszcze mało, któregoś dnia przyjeżdża dziekan i mówi:
– Słuchaj, na razie nie wiadomo, ile ten wakat potrwa, po cichu ci powiem, że chyba do lipca. Bo wiesz, rok szkolny muszą zakończyć i dopiero, a proboszcz powiedział, że dasz sobie radę. Wiesz, że tu jest pole, chyba 4 hektary. Trzeba by to obsiać czy obsadzić. Musisz się tym zająć.
Reklama
Na początku mnie to przeraża, ale po konsultacji z kościelnym nie wydaje się już takie trudne. Znamy agronoma, co się okaże wielce pomocne. Największym problemem okazują się odległości, no i jedzenie. Po tygodniu takiego funkcjonowania i żywienia konserwami nie wytrzymuję. Musiałem się czymś zatruć, bo po piekielnej nocy tracę przytomność przy goleniu. Znajduje mnie kościelny zaniepokojony moją nieobecnością w kościele. Jakoś dochodzę do siebie, ale na sucharach nie da się długo funkcjonować. A tu perspektywa miesięcy, rozumiem, że coś trzeba zrobić. Piszę list do pani Kasi z gorącą prośbą o pomoc. Nie wiem, czy będzie mogła przyjechać, proboszcz w rozmowie telefonicznej radził szukać innego rozwiązania, całą zimę była chora – dopowiada. Pamiętam ten dzień. Wracam pieszo z lekcji z dosyć odległej wioski. Wychodzę na górkę za las i widzę, że z komina plebańskiego się dymi. Jakieś poczucie szczęścia i wdzięczności zalewa mi serce. Nie pamiętam, żebym kiedyś jeszcze doznał podobnego uczucia. Przyśpieszam kroku. W kuchni przy piecu stoi pani Kasia, uśmiechnięta. W znalezionym starym garze grzeje wodę i sprząta.
– Jak oni tu księdza zostawili – dziwi się. – Ano, mnie nie było, byłam chora.
Biegnę do następnych zajęć spokojny i szczęśliwy. Wieczorem pani Kasia mówi mi:
– Trzeba by pożyczyć jakie łóżko, pościel, parę garnków i talerzy... Widząc moje zmartwienie, dodaje: – Niech się ksiądz nie martwi, ja tu ludzi znam.
Plebania funkcjonuje normalnie. Ma kto odebrać telefon, poinformować interesantów, no i leczy mnie z mojego zatrucia. Wieczorami siadamy przed czarno-białym telewizorem, trochę gadamy, oglądamy, drzemiemy. Nic nadzwyczajnego. Dobrze jest. Tak niewiele trzeba, wystarczy świadomość obecności, i że ktoś się opiekuje.
– Codziennie na czczo – szklanka przegotowanej, ciepłej wody. Stary doktor mi tak mówił. Na wrzody, na wszystko. Kanonik nigdy na żołądek nie chorował, bo tak robił.
Mnie też przechodzi. Razem urządzamy odpust, wprawdzie jeden z rosłych proboszczów przewraca się na starym krześle i wpada pod stół, ale i tak obiad jest udany. Kasia jest ze mną do przyjścia nowego proboszcza, czyli ze 4 miesiące. Jest moim wsparciem, opiekuńczym aniołem. Dłużej zostać nie może. Jestem jej bardzo wdzięczny. Co to był za piękny czas.
