Tak, czasy ostrej, bezkompromisowej krytyki, tej podszytej bezwzględnym językiem, który potrafi ranić jak kamień, mam już zdecydowanie za sobą. Wierzcie mi, moi młodsi koledzy po fachu, z tego się wyrasta. A zaręczam, trudniej zachęcić kogoś do sięgnięcia po tę czy inną pozycję bądź do wydania niemałej kwoty na koncertowy bilet niż wylać wiadro pomyj na artystę, który nierzadko zainwestował w projekt całe swoje oszczędności, często biorąc kredyt. Zaręczam, nie tędy droga. Mój radiowy mistrz Marek Niedźwiecki słusznie zauważył: jeśli coś przemilczysz, to często więcej znaczy niż kilka stron krytyki. I tego się trzymam. Ale do rzeczy.
Skoro o swataniu mowa, to czekają nas wspaniałe koncerty. Już 9 sierpnia w Amfiteatrze na Woli w warszawskim Parku Sowińskiego pod szyldem Sonopoli Festival – Jazz & Flow wystąpią gwiazdy naszej muzyki z charakterystyczną rozswingowaną blue nutą: Urszula Dudziak, Grażyna Auguścik, Dorota Miśkiewicz i Sławomir Uniatowski. Towarzyszyć im będzie najwybitniejszy polski big band: Chopin University Big Band pod dyrekcją Piotra Kostrzewy. Ideą ich wspólnego grania jest coś, co określam zasłuchaniem się w historię gatunku z perspektywy tego, co dzisiaj, ale w duchu, jakiego godna jest muzyka jutra. Ot, solidny swingujący jazz na najwyższym poziomie, bez taryfy ulgowej na europejskość czy kompleksu Ameryki.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Trzy koncerty natomiast da pod szyldem Eter Music rewelacyjny artysta Richard Bona. Posłuchamy go w Poznaniu, Krakowie i we Wrocławiu (12-14 października). Kameruńczyk to jeden z najwybitniejszych współczesnych basistów, wokalistów i kompozytorów jazzowych. Już jako dziecko uczył się gry na instrumentach, a muzyka afrykańska stała się fundamentem jego niepowtarzalnego stylu. W twórczości z niezwykłą swobodą łączy jazz z elementami muzyki afrykańskiej, latynoskiej, soulu i funky, czym tworzy brzmienie rozpoznawalne od pierwszych dźwięków. Współpracował z wieloma legendami światowej sceny: z Patem Methenym, Joe Zawinulem (genialnie kontynuuje jego styl), Bobbym McFerrinem i Herbiem Hancockiem. Ceniony jest nie tylko za wirtuozerię gry na gitarze basowej, lecz także za ciepły, charakterystyczny głos i niezwykłą muzykalność. Jego koncerty zachwycają spontanicznością, poczuciem humoru oraz wyjątkowym kontaktem z publicznością.
I wreszcie John Coltrane w wydaniu Dianne Reeves i Branforda Marsalisy – to oni wystąpią 8 listopada w sali NOSPR w Katowicach, by promować nowy album. Tak, to będzie hołd dla mojego absolutnego numeru 1 w jazzie. – Istotnie, Coltrane – jak mówi Branford – dzięki swojemu geniuszowi, stworzył wyjątkowe połączenie brzmień i muzycznej wrażliwości, łącząc ekumeniczne podejście do muzyki z estetyką swingu lat 40. ubiegłego wieku, wczesnego R&B i post-bopu. Efektem był styl, który jednocześnie stawia intelektualne wyzwania i porusza emocjonalnie – mówi gigant saksofonu. I dodaje: – To właśnie umiejętność łączenia wszystkich tych muzycznych światów jest czymś, do czego powinien dążyć każdy muzyk, niezależnie od gatunku. Możliwość uhonorowania jego wkładu w rozwój jazzu była dla nas prawdziwym zaszczytem.
Reklama
Pomysł, by Marsalis uczcił 100. rocznicę urodzin Coltrane’a, wydawał się wręcz oczywisty. Chciał on przez taką koncepcję wokalu z kwartetem jazzowym – z saksofonem na pierwszym planie – obrać mniej oczywistą drogę. Jego uwagę przykuł legendarny album John Coltrane and Johnny Hartman, wręcz ikoniczny przykład idealnej współpracy wokalisty z zespołem. Ale pojawiło się pytanie: kto powinien zaśpiewać? Marsalis mówi: – Najpierw myślałem o męskich wokalistach, ale postanowiłem się z tym przespać. Kiedy rano się obudziłem, pierwsze słowa, które wypowiedziałem, brzmiały: Dianne Reeves. Istnieje rzecz, którą muzycy nazywają „to coś”– pewna nieuchwytna magia brzmienia. Dianne to ma. Słychać w niej inspiracje wieloma artystami, co bardzo mnie pociąga. Do każdej interpretacji wnosi ogromny ładunek emocji. John Coltrane nie próbował burzyć tradycji. Był jak Picasso. Najpierw doskonale poznał tradycję, warsztat, a dopiero potem odkrył, jak można to rozwijać. Nie traktował utworów jedynie jako środków do improwizacji – odnosił się do nich z ogromnym szacunkiem i empatią.
Sama lady Reeves też nie kryje ekscytacji: – Nie mogę się doczekać, dokąd zaprowadzi nas ta muzyka. Powiedziałam Branfordowi, że być może nawet będziemy musieli... zacząć tańczyć.
Trzymam tandem, przepraszam, kwintet za słowo. Zatańczymy?
