Reklama

Turystyka

Reporterskie podróżowanie

Podróże reporterskie to ciężki chleb. Ale dzięki nim poznałem świat, którego już nie ma, i ludzi, których nie sposób zapomnieć.

Niedziela Ogólnopolska 17/2026, str. 54-56

[ TEMATY ]

Jacek Pałkiewicz

Jacek Pałkiewicz

Jacek Pałkiewicz pod obstrzałem paparazzi

Jacek Pałkiewicz pod obstrzałem paparazzi

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Z osobliwym zasępieniem wspominam wiekopomne i mityczne lata włoskiego dziennikarstwa: osiemdziesiąt dzienników o zasięgu krajowym i regionalnym, 6 mln gazet każdego dnia. Złote lata dla reklamy, sprzedaży, dochodów, najróżniejszych specjalistycznych suplementów związanych z rynkiem kosmetyków, zegarków, aut, mody, żeglarskim itd. Fenomen wydawniczy nie miał sobie równych w Europie. Rozrastały się redakcje, powstawały wciąż nowe tytuły zaspokajające nowe sektory, wiele periodyków zasypywało czytelników przeróżnymi gadżetami. Profesja uważana była za ponadprzeciętną i do dobrej gazety można było zwykle trafić z polecenia. Mnie się powiodło.

Początki

Reklama

Po skończeniu szkoły dziennikarskiej w Mediolanie trafiłem na praktykę do popołudniówki La Notte. Ubrany w garnitur stanąłem przed znanym z twardej ręki Nino Nutrizio, inkarnacją Stwórcy, Króla Słońce i Kaddafiego, który z niczego stworzył gazetę i sprawował w niej absolutną władzę. Ten wyjątkowo bezwzględny antykomunista żywił przekonanie, że lepiej jest zatrudnić homoseksualistę, złodzieja, oszusta niż czerwonego pająka. Pogrążony w lekturze spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczami. „Jak ci się udało zbiec z Polski?” – zapytał sucho, nie pozwalając sobie na sentymenty i słabości. Nie było żadnych negocjacji, żadnej dyskusji między nim a mną. Po kilku minutach w milczeniu skinął głową i westchnął: „Dobrze, od jutra rano możesz przychodzić i zgrywać dziennikarza w dziale miejskim. Jeśli będziesz się dobrze sprawować, za pół roku, za rok postaramy się dać ci godziwą zapłatę. Jeśli jesteś palantem, żegnaj i przyjaciele jak poprzednio, jasne?”. Było jasne. „Pozwól mi teraz pracować”.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Zaczynałem z najniższego pułapu: kroniki policyjnej, a to znaczy wypadki, narkotyki, zabójstwa. Już sam ten dział stanowił gazetę w miniaturze. Pierwszego dnia o 6 rano byłem w redakcji. Dostałem polecenie: „Jedź zobaczyć kobietę, która wypadła z okna, i zadzwoń natychmiast. Jeśli to coś koszmarnego, wyślemy tam kogoś”. „E lei che minchia vuole”? (Czego tu, do cholery szukasz?) – potrząsnął mną brygadier z miejscowego komisariatu, blokując przejście dla niezbyt pewnego siebie żółtodzioba. Żyłem wtedy impetem reporterskiego sępa, który grzebał w zwłokach, poszukując jakichś osobistych pamiątek, który pobudzał ludzką wyobraźnię krwawymi opowieściami, ścigał się z konkurencją, aby przybyć pierwszy na miejsce strzelaniny, albo robił podchody do prostytutek, zawsze znakomitych informatorów policji i dziennikarzy. Bywało, że po moim dotarciu Vespą na miejsce wypadku nadjeżdżało z piskiem opon, na włączonych światłach, służbowe auto Corriere della Sera z kierowcą, fotografem i dziennikarzem, który wyskakiwał z samochodu jak w amerykańskich filmach. Wtedy zrozumiałem, dlaczego mówiło się, że włoscy dziennikarze dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy pracowali w Corriere, i tych, którzy marzyli, aby się tam dostać.

Zawód? Reporter

Reklama

Kilka miesięcy później ta kultowa gazeta otworzyła dla mnie podwoje. Powstał jej dodatek ilustrowany Sette, którego atutem miał być ekskluzywny reportaż fotograficzny, pełen magnetyzmu i ekstremalnego kolorytu. Egisto Corradi, legendarny wysłannik zagraniczny mediolańskiej gazety, na którego wykładach w szkole dziennikarskiej siedziałem zwykle w pierwszych ławkach, doceniwszy moje wcześniejsze pełne przygód reportaże w różnych magazynach, zaproponował współpracę. Wychodzący w nakładzie 700 tys. suplement zamierzał przywrócić wartość reportażu. Zakładał pozyskanie publiki nie tylko frapującymi tekstami, ale i zjawiskowymi ilustracjami. Oczekiwano ode mnie osobistych przygód i kuszących wyzwań. Czytelnik miał na własnej skórze odczuć mój strach i otrzeć się o granice ludzkiej wytrzymałości oraz determinacji. Artykuł musiał wywoływać jego spontaniczną empatię, a on sam miał dzielić z bohaterem chwile niepokoju, zdumienia, refleksji. Doskonale pamiętam dreszcz emocji na widok pierwszego zamieszczonego tam tekstu z moim nazwiskiem. Miałem prawo być dumny, tym bardziej że żurnaliści nie mogli zrozumieć, jak cudzoziemiec zza żelaznej kurtyny, bez rekomendacji wysokiego prałata czy zaprzyjaźnionego senatora, trafił do tej kasty.

Poza znane granice

Poznałem świat, którego już nie ma, jego egzotykę, ginące kultury i ludzi, których nie sposób zapomnieć. Na przykład dumnych władców pustyni Tuaregów, których przyjaźnią się szczyciłem. Dzisiaj ci, uważający się za arystokrację, ostatni prawdziwi nomadowie, którzy gardzili osiadłym trybem życia, zostali zduszeni przez technologię. Swoje wielbłądy zastąpili pojazdami terenowymi i nie piją wody ze studni, ale Coca-Colę z lodówki. W poszukiwaniu osobliwości ginących cywilizacji przedzierałem się przez dżunglę Borneo i Nowej Gwinei. Tam zdążyłem w ostatniej chwili poznać tuziemców, którzy nie mieli pojęcia o istnieniu świata poza plemiennymi granicami. Byłem naocznym świadkiem dynamicznego procesu globalizacji na wszystkich kontynentach, która wszystko ujednolica i zaciera granice, co powoduje upadek tradycyjnych obyczajowości i nieunikniony proces akulturacji.

Reklama

Swego czasu „zachorowałem na Afrykę” i w ciągu następnych lat poznałem piękno Czarnego Lądu, takie, które teraz można zobaczyć tylko na filmach Śniegi Kilimandżaro czy Pożegnanie z Afryką. Z czasem z tej choroby się wyleczyłem. Tamten kontynent, którym byłem tak zafascynowany, już nie istnieje. Pogrążył się w głębokim, nieodwracalnym kryzysie i na zawsze zatracił swój dawny romantyczny obraz. W wyniku dekolonizacji wybuchły okrutne wojny etniczne i miały miejsce krwawe zamachy stanu. Nastały terroryzm i piekło dla uchodźców, pojawiły się barbarzyńskie tortury, groźne epidemie i klęski głodu.

Smak przygody

Podróże reporterskie poza granicami znanego świata wymagają pasji i energii. To ciężki chleb. Codziennością są spartańskie warunki, niepewność, niedostatek wody, upały i wysiłek fizyczny. Nieraz bywałem w niewątpliwych przedsionkach piekła żałośnie bezbronny, zmuszony toczyć walkę nie tylko z arcygroźną naturą, ale także z samym sobą i własnym lękiem. Na Pustyni Danakilskiej powalała mnie furia wiatru chamsin, który jak miotacz ognia osusza skutecznie nawet najbardziej wytrzymały organizm. Nigdy nie jawiła mi się tak namacalnie własna słabość. Intensywnych przeżyć i strachu nigdy nie brakowało.

Utkwił mi w pamięci pewien charakterystyczny fakt. W 1992 r. redakcja wysłała mnie do Kambodży, aby zrobić reportaż o włoskich karabinierach, którzy w ramach pokojowej misji ONZ mieli pomóc narodowi w podźwignięciu się z tragicznej przeszłości. Włoski dowódca odmówił współpracy, bo nie miałem zgody jego ministerstwa. Napisałem więc o stacjonujących tam Polakach. Po publikacji artykułu do redakcji zadzwonił rzecznik ministra obrony – rozżalony, że nie wspomniałem o Włochach. 22 grudnia Claudio Sabelli Fioretti, wszechmocny „Bóg – Redaktor Naczelny”, zadzwonił do mnie, czy następnego dnia mógłbym polecieć do Phnom Penh, bo chce, żeby materiał ukazał się jeszcze w ostatnim tygodniu roku. Poczułem się z tym źle. Znowu, przez jakiś nieszczęsny artykuł, zdradzam żonę, dzieci i wartości, które powinny mieć w życiu znaczenie. A przecież nie raz zaklinałem się, że już nigdy więcej... Normalny człowiek Boże Narodzenie spędza tradycyjnie z rodziną. Nie mogłem jednak zawieść zaufania redakcji, z której byłem taki dumny. „Va bene, direttore – rzuciłem do słuchawki – o której godzinie będzie taksówka na lotnisko?”. No, bo jakie miałem inne wyjście? Byłem potrzebny i to się liczy. Nic więcej nie istnieje. Zastanawiam się nieraz nad ludzką naturą. My, reporterzy, często robimy jakieś głupstwa, rzucamy wyzwania i nieustannie szukamy adrenaliny, wyłączności, jakiegoś hitu, przewagi nad konkurencją. Taka jest nasza natura. Dziennikarz jest jak skorpion ze słynnej afrykańskiej przypowieści, który usilnie prosi żabę o przetransportowanie go na drugi brzeg rzeki. W połowie drogi jednak kąsa ją śmiercionośnym żądłem i kiedy żaba z wyrzutem pyta, dlaczego to zrobił, skazując na śmierć także siebie, odrzekł: taka jest już moja natura.

I tym razem Linda okazała, jak zawsze zresztą, swoją niewyczerpalną wyrozumiałość.

reporter, eksplorator

2026-04-21 13:20

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Himalaje biadolenia

Wolę unikać osób, które niczym emocjonalne wampiry zrzędzą na wszystko.

Wspominam scenę z lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to mężczyzna, który przemierzał Arizonę, podczas nawałnicy zatrzymał się na stacji benzynowej. Gdy ten siedział w suchym lokum, tankujący jegomość, nie zważając na pieską pogodę, pogwizdywał sobie radośnie. Odjeżdżając, kierowca rzucił udobruchanym tonem: „Proszę wybaczyć, że wyciągnąłem pana na taką zawieruchę”. Na co pracownik stacji benzynowej odparł: „To drobnostka. Podczas wojny w Wietnamie znalazłem się z towarzyszami w błotnistym kraterze, gdzie kryłem się nie tylko przed oberwaniem chmury, ale i przed szalejącym ogniem nieprzyjaciela. Jeden żołnierz został ciężko ranny od odłamków pocisku, a ja przysiągłem sobie, że gdybym kiedykolwiek wyszedł żywy z podobnego zdarzenia, nigdy bym na nic nie narzekał. I tak też robię”.
CZYTAJ DALEJ

Świadek nadziei

2026-07-28 14:55

Niedziela Ogólnopolska 31/2026, str. 22

[ TEMATY ]

patron tygodnia

pl.wikipedia.pl

Bł. Henryk Krzysztofik

Bł. Henryk Krzysztofik

Był kaznodzieją i spowiednikiem, unikał rozgłosu. Wojna sprawiła, że miejscem jego posługi stała się więzienna cela.

Czy w chwili próby potrafilibyśmy zachować się tak, jak trzeba, a przy tym nie stracić nadziei? Skromny kapucyn z maleńkiego Zachorzowa na ziemi opoczyńskiej wytrzymał próbę czasu. Józef Krzysztofik urodził się w 1908 r. w rodzinie rolników. Do zakonu kapucynów wstąpił jako bardzo młody człowiek. Przyjął zakonne imię Henryk. Okazał się na tyle zdolny, że przełożeni wysłali go na studia do Holandii, a następnie na Uniwersytet Gregoriański w Rzymie. Po powrocie do kraju pracował w Lublinie. Był cenionym wykładowcą, kaznodzieją i spowiednikiem, ale unikał rozgłosu.
CZYTAJ DALEJ

Kard. Ryś do młodzieży: Bóg obiecuje, że dokona rzeczy niemożliwych, jeśli...

2026-08-04 20:59

Archidiecezja Krakowska

Kard. Grzegorz Ryś podczas festiwalu Welcome to Paradise

Kard. Grzegorz Ryś podczas festiwalu Welcome to Paradise

- Bóg nie wymaga od Ciebie czynienia rzeczy niemożliwych. Bóg obiecuje, że dokona tego w Twoim życiu, jeśli powiesz Mu „tak”. Jeśli odpowiesz na Słowo Boże, które wydaje się niemożliwe - mówił kard. Grzegorz Ryś w czasie Mszy św. odprawianej na festiwalu dla młodzieży Welcome to Paradise, który odbywa się w dniach 2-7 sierpnia we francuskim opactwie Hautecombe i jest organizowany przez Wspólnotę Chemin Neuf.

Kard. Grzegorz Ryś w czasie homilii zwrócił uwagę, że wierzyć w Boga, to nie znaczy wiedzieć, że On istnieje, bo wszystkie złe duchy to wiedzą, ale wierzyć to odpowiadać na Boże Słowo - tak jak Piotr, który po jeziorze ruszył w stronę Jezusa na Jego wezwanie. Metropolita krakowski przywołał słowa papieża Franciszka z jego pierwszej encykliki, w której napisał, że człowiek ma tyle wiary, ile idzie naprzód. - Zobaczysz po tym tygodniu, czy stoisz w tym samym miejscu, czy też przesunąłeś się trochę z miejsca, w którym byłeś przed przybyciem do Hautecombe. Wiara to Słowo Boże, które Cię prowadzi naprzód - mówił kardynał.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję