„Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni” – słyszymy dzisiaj. Pomówmy więc o jocie.
Jota (????), o której wspomina Pan Jezus, to dziewiąta, najmniejsza litera alfabetu greckiego. Wielka litera to „?”, a mała litera to „?”. Każdy więc, choćby najmniejszy element objawienia jest ważny i pozostaje aktualny. Każde słowo z Pisma Świętego jest słowem Boga.
Jota ze względu na swój niepozorny kształt występuje w szeregu polskich frazeologizmów o zbliżonym znaczeniu. Mówimy np.: ani na jotę (lub na jotę) ‘w najmniejszym stopniu’, co do joty ‘całkowicie, biorąc pod uwagę najdrobniejsze szczegóły’, a także jota w jotę ‘w najdrobniejszych szczegółach’ (jak kropka w kropkę i toczka w toczkę).
Zdecydowana większość przekładów interesującego nas wersetu zachowuje wzmiankę o jocie. Ciekawie wyłamuje się z tego Kazimierz Romaniuk w Biblii Warszawsko-Praskiej z 1997 r. Adaptuje on tekst grecki do specyfiki języka polskiego: „Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, nie będzie też opuszczone ani jedno «i», co więcej, nawet ani jedna kropka nad «i» nie zmieni się, dopóki nie zostanie wypełnione całe Prawo” (Mt 5, 18).
Zestawienie to jest całkiem trafne: litera „i” w polszczyźnie też jest mała i niepozorna, ale ważna. Jest samogłoską, a więc może tworzyć sylabę (jak w słowach miłość, pismo). Bywa też znakiem zmiękczenia (por. niedziela, wiara).
Reklama
W języku polskim wyraz jota ma dwa znaczenia. Obok tego, że określa literę greckiego alfabetu, jest również inną nazwą polskiej litery „j” (jot). Można przewrotnie powiedzieć, że inaczej niż jest o tym mowa w Ewangelii, akurat w naszym języku jota zmieniała się wielokrotnie. Ściślej mówiąc: zmieniała się pisownia wyrazów, w których występowała ta głoska.
Pod koniec XVI wieku Jan Kochanowski w swoim traktacie ortograficznym (tak, tak, również w tym obszarze wiele mu zawdzięczamy) dawał takie zalecenie: „Abyś ná tákich literách, to jest miękkich, kiedykolwiek po nich idzie to iste Iota, kreski nie kładł. Bo tá kreská jáko się powiedziáło, nic nie jest inszego jedno i”. Tego uczymy się po dziś dzień w szkole: żeby nie pisać *ńiedźiela, tylko niedziela, czyli nie dublować znaków zmiękczenia.
Skupmy się jednak na innej, historycznie ważnej kwestii. Onufry Kopczyński, autor pierwszego podręcznika polskiej gramatyki, wyliczał w XVIII wieku: „i, j, y. Pierwsze, i, zowiemy krótkim (po Grécku Jota), drugie, j, zowiemy długim, obádwá od postáci, którą máją w pisániu, trzécie, y, zowiemy Gréckim ábo ypsylon”.
Obecność tych trzech liter obok siebie nie dziwi. Przez wieki różnie zapisywaliśmy słowa, w których pojawiało się zmiękczenie, np. diabeł. W przeszłości istniało sporo wariantów wymowy takich wyrazów, por. [djabeł], [dyjabeł], [dijabeł], [dyabeł], [d’abeł], toteż pisownia próbowała za tym nadążyć.
Reklama
Widać to dobrze, gdy się prześledzi chociażby biblijne tłumaczenia. We fragmencie Dziejów Apostolskich czytamy np., że Paweł głosił swoją naukę prawie po wszytkiey Azyey, po wszytkiej Azyi czy wreszcie w całej Azji. Mówi też Grekom o zburzeniu świątyni wielkiey boginiey Dyany, wielkiej Boginiey Dyany, wielkiej Boginie Dyany, wielkiej bogini Dyjany lub wielkiej bogini Diany, czym powoduje wielki gniew słuchaczy (por. Dz 19, 26-27).
Trafnie ilustruje tę dawną pisownię inskrypcja, którą opatrzono nagrobek: „Dobrey Pani Sąsiadki i naylepszey Matki”. Do tego też zjawiska nawiązuje tytuł płyty jednej ze współczesnych polskich artystek – Poezyje. W dawnych wydaniach Mickiewicza, Konopnickiej czy Przerwy-Tetmajera znajdujemy z kolei słowo Poezye.
Rozbieżności ortograficzne w tym zakresie zaczęto wyjątkowo silnie odczuwać na przełomie XIX i XX wieku. Stopniowo wprowadzano zalecenia, aby w miejscu dawniej używanych liter „i” i „y” (np. jayko, kray, twoie) pisać jotę (np. jajko, kraj, moje, a także dobrej i najlepszej).
Było dużo dyskusji i sporów na temat połączeń ze spółgłoskami. Jeden z pomysłów, z 1918 r., uzależniał pisownię od tego, czy wyraz jest rodzimy (np. bania, głębia), czy przyswojony (np. linja, Arabja), ale także od tego, czy zbitka głosek występuje na początku (np. pianino, tiara) czy w innej części wyrazu (np. kopja, sympatja).
Choć zasada miała swoją wewnętrzną logikę, w praktyce wprowadzała spory zamęt, zwłaszcza wśród uczniów. Nie bez przyczyny uznawano ją za „najtrudniejszą sprawę ortograficzną”. Nie przypadkiem też znalazła się wśród regulacji, które przyniosła wielka reforma ortografii z 1936 r.
Te zmiany okazały się dość proste w użyciu, a przez to trwałe. Przyjęto, że litera „j” zostanie w zapisie, jeśli stoi po „c”, „s” i „z” (np. Francja, Rosja, Azja). Po innych spółgłoskach zalecono pisownię z „i”, niezależnie od wymowy (np.: diabeł, Diana, Maria, Serbia). I tak to działa po dziś dzień.
Magdalena Wanot-Miśtura - językoznawca, adiunkt w Instytucie Języka Polskiego na Wydziale Polonistyki UW, kierownik Laboratorium Efektywnej Komunikacji UW. Prezes zarządu Fundacji Języka Polskiego
W przeddzień uroczystości Trzech Króli (tradycyjnie, historycznie i wyjątkowo właśnie tak, a nie jak w innych kontekstach: Królów) pomówmy o urzędach, godnościach i funkcjach – i o tym, co się z nimi robi: sprawuje, piastuje i pełni.
To z pozoru błaha sprawa, przynajmniej jeśli chodzi o język. Widać zresztą, że współcześnie posługujemy się tymi czasownikami dość swobodnie – jak synonimami. Rzeczywistość jest chyba po prostu na tyle prestiżowa, że drugorzędne znaczenie ma to, jak nazwiemy samą czynność.
Wielką zasługą św. Teresy jest powrót do ewangelicznego rozumienia miłości do Boga. Niewłaściwe rozumienie świętości popycha nas w stronę dwóch pokus. Pierwsza - sprowadza się do tego, iż kojarzymy
świętość z nadzwyczajnymi przeżyciami. Druga - polega na tym, że pragniemy naśladować jakiegoś świętego, zapominając o tym, kim sami jesteśmy. Można do tego dołączyć jeszcze jedną pokusę -
czekanie na szczególną okazję do kochania Boga. Ulegając tym pokusom, często usprawiedliwiamy swój brak dążenia do świętości szczególnie trudnymi okolicznościami, w których przyszło nam żyć, lub zbyt
wielkimi - w naszym rozumieniu - normami, jakie należałoby spełnić, sądząc, iż świętość jest czymś innym aniżeli nauką wyrażoną w Ewangelii.
Teresa nie znajdowała w sobie dość siły, aby iść drogą wielkich pokutników czy też drogą świętych pełniących wielkie czyny. Teresa odkrywa własną, w pełni ewangeliczną drogę do świętości. Jej pierwsze
odkrycie dotyczy czasu: nie powinniśmy odsuwać naszego kochania Boga na jakąś nawet najbliższą przyszłość. Któraś z sióstr w klasztorze w Lisieux „oszczędzała” siły na męczeństwo, które notabene
nigdy się nie spełniło. Dla Teresy moment kochania Boga jest tylko teraz. Ona nie zastanawia się nad przyszłością, gdyż może się czasami wydawać zbyt odległa lub zbyt trudna. Teraz jest jej ofiarowane
i tylko w tym momencie ma możliwość kochania Boga. Przyszłość może nie nadejść. „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które martwi się o to, co z nim będzie jutro”.
Czasami myśl o wielu podobnych zmaganiach w przyszłości nie pozwala nam teraz dać całego siebie. Zatem właśnie chwila obecna i tylko ta chwila się liczy. Łaska ofiarowania czegoś Bogu lub przezwyciężenia
jakiejś pokusy jest mi dana teraz, na tę chwilę. W chwili wielkiego duchowego cierpienia Teresa pisze: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia
i rozpaczy”. Rozważanie, czy w przyszłości podołam podobnym wyzwaniom, jest brakiem zdania się na Boga, który mnie teraz wspomaga. „By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko, ten dzień dzisiejszy
jedynie” - pisze Teresa. Jest to pierwsza cecha realizmu jej ducha - realizmu ewangelicznego, gdyż Chrystus mówi nieustannie o gotowości i czuwaniu. Ten, kto zaniedbuje teraźniejszość,
nie czuwa, bo nie jest gotowy. Wkłada natomiast energię w marzenia, a nie w to, co teraz jest możliwe do spełnienia. Chrystus przychodzi z miłością teraz. To skoncentrowanie się na teraźniejszości pozwala
Teresie dostrzec wszystkie możliwe okazje do kochania oraz wykorzystać je. Do tego jednak potrzebne jest spojrzenie nacechowane wiarą, iż ten moment jest darowany mi przez Boga, aby Go teraz, w tej sytuacji
kochać. Nawet gdy sytuacja obecna jawi się w bardzo ciemnych barwach, Teresa nie traci nadziei. „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi
jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” - napisze dopiero pod koniec życia.
Teresa poznaje, że wielkość czynu nie zależy od tego, co robimy, ale zależy od tego, ile w nim kochamy. „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny
do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać”. Jeśli spojrzeć na komentarz Chrystusa odnośnie do tych, którzy
wrzucali pieniądze do skarbony w świątyni, to właśnie w tym kontekście możemy uchwycić zamysł Teresy. Nie jest ważne, ile wrzucimy do tej skarbony, bo uczynek na zewnątrz może wydawać się wielki, ale
cała wartość uczynku zależy od tego, ile on nas kosztuje. Zatem należy przełamywać swoją wolę, gdyż to jest największą ofiarą. Przezwyciężając miłość własną, w całości oddajemy się Bogu.
Były chwile, gdy Teresa chciała ofiarować Bogu jakieś fizyczne umartwienia. Taki rodzaj praktyk był w czasach Teresy dość powszechny. Jednak szybko się przekonała, że nie pozwala jej na to zdrowie.
Było to dla niej bardzo ważne odkrycie, gdyż utwierdziło ją w przekonaniu, że nie trzeba wiele, aby się Bogu podobać. „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by
je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne”. Teresa nie wymyślała
sobie jakichś ofiar. Jej zadaniem było wykorzystanie tego, co życie jej przyniosło.
Umiejętność docenienia chwili, odkrycia, że wszystko jest do ofiarowania - tego uczy nas Teresa. My sami albo narzekamy na trudny los i marnujemy okazję do ofiarowania czegoś trudnego Bogu,
albo czynimy coś zewnętrznie dobrego, ale tylko z wygody, aby się komuś nie narazić lub dla uniknięcia wyrzutów sumienia. Intencja - to jest cały klucz Teresy do świętości. Jak wyznaje, w swoim
życiu niczego Chrystusowi nie odmówiła, tzn. że widziała wszystkie okazje do czynienia dobra jako momenty wyznawania swojej miłości.
Inną cechą, która przybliża ją do nas, jest naturalność jej modlitwy. Teresa od Dzieciątka Jezus, która jest córką duchową św. Teresy od Jezusa, jest jej przeciwieństwem odnośnie do szczególnych łask
na modlitwie. Złożyła nawet z tych łask ofiarę, bo czuła, że w nich można szukać siebie. Jej życie modlitwy było często bardzo marne, gdyż zdarzało się jej zasypiać na modlitwie. Po przyjęciu Komunii
św. zamiast rozmawiać z Bogiem, spała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie potrafiła inaczej. Ważny jest fakt, iż nie martwiła się za bardzo swoją nieumiejętnością modlenia się. Wierzyła, że
i z takiej modlitwy Chrystus jest zadowolony, gdyż ona nie może Mu ofiarować nic więcej poza swoją słabością.
Aby się przekonać, jak daleko lub jak blisko jesteśmy przyjmowania Ewangelii w całej jej głębi, zastanówmy się, jak podchodzimy do niechcianych prac, mniej wartościowych funkcji, momentów, gdy nie
jesteśmy doceniani, a nawet oskarżani. Czy widzimy w tym okazję, aby to wszystko ofiarować Chrystusowi, czy też walczymy o to, aby postawić na swoim lub zwyczajnie zachować twarz? Jak postępujemy wobec
osób, które są dla nas przykre? Czy je obgadujemy, czy też widzimy w tym okazję, aby im pomóc w drodze do Boga? Teresa powie, gdy nie może już przyjmować Komunii św. ze względu na zaawansowaną chorobę,
że wszystko jest łaską. Czy każda trudna sytuacja, trudny człowiek jest dla mnie łaską?
Październik to dla wielu osób czas powrotu do różańca. W kościołach po raz kolejny rozbrzmiewa „Zdrowaś Maryjo”, a wśród wiernych pojawiają się postanowienia, by tej modlitwie poświęcać więcej czasu. Tyle że z czasem bywa różnie. Praca, dom, dzieci, zakupy, nauka, spotkania i dziesiątki drobnych spraw sprawiają, że wieczorem najczęściej marzymy już tylko o chwili odpoczynku. Czy w takim rytmie dnia jest jeszcze miejsce na różaniec?
Podczas objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie w 1877 roku pojawiło się wezwanie do modlitwy różańcowej. Dla wielu osób różaniec stał się odtąd jedną z najważniejszych codziennych modlitw. Tyle że regularność nie zawsze przychodzi łatwo. Nie każdy ma możliwość, by wieczorem spokojnie usiąść i przez kilkadziesiąt minut modlić się bez przerwy. Czasem wystarczy jednak zacząć od jednej tajemnicy.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.