Reklama

Historia

Stracona szansa

Wbrew utartym opiniom powstanie listopadowe nie było zrywem pozbawionym szans na powodzenie. Niestety, wiary w zwycięstwo brakowało jego przywódcom.

Niedziela Ogólnopolska 47/2025, str. 38-39

[ TEMATY ]

historia

commons.wikimedia.org

Wojciech Kossak, Bitwa o Olszynkę Grochowską, obraz

Wojciech Kossak, Bitwa o Olszynkę Grochowską, obraz

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Jesteśmy prowincją sąsiedniego mocarstwa, zawojowaną, rządzoną przez prokonsulów, gnębioną srodze, gdzie owe szkodliwe przeciw zasadom politycznego życia działanie na zagładę rodu i imienia naszego trwa ustawicznie” – napisał w połowie lat 20. XIX wieku Maurycy Mochnacki. Marzenia, aby uwolnić się od rosyjskiej dominacji, podzielało wielu polskich patriotów, którzy 29 listopada 1830 r. rozpoczęli walkę o niepodległość. Wbrew utartym opiniom powstanie listopadowe nie było zrywem pozbawionym szans na powodzenie. Niestety, wiary w zwycięstwo brakowało jego przywódcom.

Noc listopadowa

Reklama

Gdy uczestnicy spisku podchorążych ruszali wieczorem 29 listopada 1830 r. z Łazienek na Warszawę, byli pełni entuzjazmu, który udzielił się mieszkańcom stolicy szturmującym Arsenał i pragnącym walczyć ze znienawidzonym zaborcą o wolność utraconą w końcu XVIII wieku. Lipcowa rewolucja we Francji oraz powstanie Belgów, dzięki któremu 24 listopada 1830 r. ogłosili swą niepodległość, wyzwoliwszy się spod holenderskiej dominacji, dawały nadzieję, że ład stworzony na kongresie wiedeńskim nie będzie wieczny. „Wybiła godzina zemsty! Dziś umrzeć lub zwyciężyć potrzeba! Idźmy, a piersi wasze niech będą Termopilami dla wrogów!” – wołał przywódca spisku Piotr Wysocki. Wołania tego nie podchwyciły ówczesne elity wojskowo-polityczne. W noc listopadową aż sześciu polskich generałów sprzeciwiło się czynnie powstaniu, przez co dosięgła ich ręka sprawiedliwości ludu Warszawy. Zginęli, bo nie chcieli poświęcić swych karier gwarantowanych przez cara. Przez całą noc poszukiwano kogoś z autorytetem, kto stanąłby na czele zrywu. Los padł na gen. Józefa Chłopickiego, bohatera powstania kościuszkowskiego i wojen napoleońskich, ale ten wolał spędzić ten decydujący dla dalszych losów Polski wieczór w loży Teatru Rozmaitości, a błagającym go spiskowcom odpowiadał stanowczo, że najpierw musi dokończyć oglądanie spektaklu. Gdy już objął dyktaturę powstania, ogłosił w sejmie, że „on wiernym monarsze swemu będzie, bić się nie chce”, a władzę obejmuje tylko „dla uwolnienia kraju od anarchii”. Postawa jego oraz jego następców – gen. Jana Skrzyneckiego czy gen. Jan Krukowieckiego – była dla wielu co najmniej zastanawiająca. Zarówno oni, jak i część ówczesnej klasy politycznej na czele z księciem Ksawerym Druckim-Lubeckim uznawali, że bunt listopadowy to tragiczne działanie „rozgrzanych młodych głów”. W konsekwencji czynili wiele, aby sukcesami na polach bitewnych „nie rozdrażnić do reszty” cara Mikołaja I. Łudzili się, że car powróci do praktyk stosowanych czasem przez swego poprzednika, że zniesie cenzurę, przywróci wolność stowarzyszeń i wolność słowa, że poszerzy królestwo kongresowe o ziemie wschodnie dawnej Rzeczypospolitej, wcielone wprost do imperium rosyjskiego, że zapewni swego rodzaju autonomię na ziemiach polskich. Skąd się takie złudzenia brały, trudno dociec, bo car żadnych nadziei nie dawał. Jak zauważa prof. Andrzej Nowak, Mikołaj Romanow był zwolennikiem doktryny, że „wszędzie tam, gdzie została rozwinięta flaga rosyjska, nie wolno już jej nigdy zwinąć, nie wolno już jej nigdy cofnąć”. Najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, którą postawili wybitni znawcy tematu prof. Wacław Tokarz i prof. Jerzy Łojek, że część ówczesnej polskiej klasy polityczno-wojskowej zaczęła się pod berłem carów „dobrze usadawiać” i partykularne interesy wzięły górę nad interesem wspólnotowym i ponadczasowym. Było to dla wielu szokujące, bo postawy takie prezentowali ludzie, którzy jeszcze kilkanaście lat wcześniej bohatersko walczyli o niepodległość w czasie wojen napoleońskich. Bohaterowie „byli już zmęczeni”, bo wygoda wynikająca z zajmowanych stanowisk w armii czy administracji, choćby i zależnej od mocarstwa zewnętrznego, brała górę.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Zmarnowane tygodnie

Zamiast walczyć i rozniecać ogień powstańczy m.in. na Litwie, co było możliwe, jeśli weźmie się pod uwagę potencjał ludzki i militarny armii Królestwa Polskiego, postanowiono pertraktować z carem. Zupełnie lekceważono, że wszelkie argumenty natury militarnej były w tamtym czasie w polskich rękach. W końcu 1830 r. armia rosyjska liczyła wprawdzie ok. 200 tys. regularnych żołnierzy, ale rozsiani oni byli na terenach całego imperium, a przy ówczesnej logistyce i transporcie zmobilizowanie jej, aby uderzyć na siły powstańcze, wymagało co najmniej kilku tygodni. W tym czasie armia polska liczyła prawie 30 tys. żołnierzy zgrupowanych na własnym, przez co dobrze również znanym, obszarze. Zamiast mobilizować do walki książę Drucki-Lubecki udał się do Petersburga na negocjacje, by zapewnić Rosjan o swej wierności. Tyle że Mikołaj I już żadnych negocjacji nie chciał. Przerażony początkowo wypadkami w Warszawie postanowił utopić bunt we krwi i ogłosił mobilizację korpusu interwencyjnego feldmarszałka Iwana Dybicza, który 5 lutego 1831 r. wkroczył na teren Królestwa Polskiego. Z zaskakującą konsekwencją przywódcy powstania nie wykorzystywali szans, jakie dawały polskie triumfy pod Olszynką Grochowską, Wawrem i Iganiami. Tak jakby obawiali się, że kolejne zwycięstwa jeszcze bardziej rozsierdzą cara i zamkną drogę do rozmów. Ale car żadnych rozmów nie chciał. Dostrzegał natomiast z przerażeniem, że szala zwycięstwa przechyla się na polską stronę. „Przecież Rosjanie nie mogą być ciągle bici przez Polaków” – napisał w rozpaczliwym liście do feldmarszałka Dybicza. Jego wściekłość potęgował fakt, że zanim jeszcze na ziemie polskie wkroczyła rosyjska armia, 25 stycznia 1831 r. sejm podjął uchwałę o detronizacji cara, który – zgodnie z konstytucją Królestwa Polskiego – był w uznawanym międzynarodowo porządku formalnie królem Polski. „Naród polski na sejm zebrany oświadcza, że jest niepodległym ludem i że ma prawo koronę polską oddać, którego godnym jej uzna, po którym z pewnością będzie się mógł spodziewać, iż mu zaprzysiężonej wiary i zaprzysiężonych swobód święcie i bez uszczerbku dochowa” – głosiła uchwała sejmowa, którą zredagował sędziwy Julian Ursyn Niemcewicz. Szybkie stłamszenie „polskiego buntu” miało być karą również za ten akt, który był dla cara upokarzający.

Walka bez wiary

Rozwój wypadków nie zapowiadał jednak Moskalom łatwego zwycięstwa. Wiosną 1831 r. w szeregach armii rosyjskiej wybuchła epidemia cholery. Tysiące Rosjan umierało w męczarniach, a zaraza nie oszczędziła nawet ich dowódcy feldmarszałka Dybicza. „Jeżeli Skrzyneckiemu powiedzie się w jego marszu na Wilno, będę uważał Rosję za pokonaną” – napisał późną wiosną 1831 r. minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii John Palmerston. Skrzyneckiemu się jednak nie powiodło, bo podobnie jak jego poprzednik na funkcji dyktatora powstania nie wierzył w zwycięstwo, a może nawet wręcz tego zwycięstwa się obawiał. To przełożyło się na złe decyzje militarne. Męstwo żołnierzy powstania rozmijało się z brakiem odwagi dowódcy. Kluczowy okazał się maj 1831 r., gdy dyktator nie wydał rozkazu do uderzenia na elitarny korpus gwardii rosyjskiej. To był przełom. Jak oceniał prof. Wacław Tokarz, „albo Skrzynecki upadł wtedy zupełnie pod ciężarem odpowiedzialności, albo nie chciał myśleć nawet o zadaniu Mikołajowi takiego ciosu, jak pobicie jego gwardii”. Karta się odwróciła, a gdy nie zablokowano w porę, choć było to możliwe, rosyjskiego manewru, który spowodował, że z końcem sierpnia 1831 r. Warszawa znalazła się w okrążeniu nieprzyjaciela, los powstania był przesądzony. Ostatnie szańce na warszawskiej Woli i Ochocie, bronione heroicznie przez gen. Józefa Sowińskiego i Juliusza Ordona, przeszły do narodowej legendy. Gdyby nie brak wiary przywódców insurekcji, historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Potwierdzała się maksyma, że gdy przywódcom brakuje odwagi, następne pokolenia płacą za to morzem krwi.

Autor jest historykiem, doradcą Prezydenta RP, w latach 2016-24 był szefem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.

2025-11-18 13:36

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Uczcili pamięć Konstantego Skirmunta

Niedziela świdnicka 48/2019, str. 4

[ TEMATY ]

historia

wspomnienie

Krzysztof Zaremba

Od prawej: Beata Mucha, dr Piotr Sosiński, Grzegorz Mazurkiewicz

Od prawej: Beata Mucha, dr Piotr Sosiński, Grzegorz Mazurkiewicz

Wałbrzyscy działacze patriotyczni udali się na cmentarz w dzielnicy Sobięcin, gdzie na grobie Konstantego Skirmunta, znaczącego polityka II Rzeczpospolitej, złożyli kwiaty i zapalili znicze. Przy grobie Skirmunta spotkali się m.in. radna miejska Beata Mucha oraz dr Piotr Sosiński, prezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej

Konstanty Skirmunt przyjechał do Sobięcina, dzisiejszej dzielnicy Wałbrzycha, w 1946 r. po zakończeniu II wojny światowej już jako 80-letni staruszek. Znalazł się pod opieką tamtejszych sióstr niepokalanek. Wspierała go jego siostra Jadwiga. Trzy lata później zmarł, jednak przez czas pobytu zdołał zaskarbić sobie sympatię i wielki szacunek zarówno zakonnic, jak i uczennic liceum prowadzonego przez siostry. Dzięki sobięcińskim niepokalankom miejsce pochówku Konstantego doczekało się nagrobka, którym do dziś opiekują się siostry i uczennice szkoły. Niewiele osób jednak pamięta o tym wybitnym przedwojennym polityku, który niemal w całkowitym zapomnieniu spoczywa w wałbrzyskiej ziemi. Choć Konstanty za swą działalność otrzymał takie odznaczenia, jak: Wielkie Wstęgi Orderu Polonia Restituta, francuska Legia Honorowa, Korona Włoska, belgijski Order Leopolda, jugosłowiański Orzeł Biały, norweski order św. Olafa, angielski Order Wiktorii i flamandzka Biała Róża – to w Wałbrzychu nigdy nie został należycie uhonorowany i to nie tylko w czasach tzw. PRL-u, ale nawet po 1989 r. rządzący miastem nie zdobyli się choćby na nadanie imienia Konstantego Skirmunta jednej z ulic miasta.
CZYTAJ DALEJ

Chrześcijaństwo nie zachęca do bycia cierpiętnikiem. Ono uczy nas sprawiedliwości i zachęca do przebaczenia

2026-09-09 15:45

[ TEMATY ]

rozważania

O. prof. Zdzisław Kijas

Adobe Stock

Przebaczyć nie znaczy tyle, co nic nie powiedzieć, przemilczeć, znieść wyrządzoną sobie krzywdę, przecierpieć, wziąć na siebie krzyż niesprawiedliwości i nieść go bez otwierania ust. Nie tego oczekuje od nas Bóg.

Jezus powiedział do swoich uczniów: Piotr podszedł do Jezusa i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?» Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby dług w ten sposób odzyskać. Wtedy sługa padł mu do stóp i prosił go: „Panie, okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam”. Pan ulitował się nad owym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: „Oddaj, coś winien!” Jego współsługa padł przed nim i prosił go: „Okaż mi cierpliwość, a oddam tobie”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego, widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego, wezwawszy go, rzekł mu: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” I uniósłszy się gniewem, pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu nie odda całego długu. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu».
CZYTAJ DALEJ

Kard. Ryś do pracowników Krajowej Administracji Skarbowej: Łaska Cię czyni innym człowiekiem

2026-09-10 16:27

[ TEMATY ]

kardynał Grzegorz Ryś

administracja skarbowa

episkopat.pl

- Jeśli jesteś kimś, kto jest otwarty na łaskę, na Boże dary, na Bożą moc, na Bożą miłość, to w tej łasce możesz zrobić rzeczy, które przekraczają to, co jest zwykłą normą sprawiedliwości, rozumu, rozsądku. Łaska ci daje więcej. Łaska cię czyni innym człowiekiem - mówił kard. Grzegorz Ryś podczas Święta Krajowej Administracji Skarbowej w katedrze na Wawelu w Krakowie.

Na początku uroczystości, w imieniu dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Krakowie Wojciecha Zastawniaka, zgromadzonych powitał kapelan Służby Celnej ks. mł. insp. Krzysztof Skałkowski. Wśród obecnych byli m.in. ks. Robert Tyrała, rektor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, ks. Paweł Baran, proboszcz katedry, a także przedstawiciele Krajowej Administracji Skarbowej, służb mundurowych, instytucji publicznych oraz świata nauki, kultury i gospodarki.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję