Reklama

W wolnej chwili

Postu z żałobą alians

2025-03-18 13:52

Niedziela Ogólnopolska 12/2025, str. 36-38

[ TEMATY ]

opowiadanie

Anna Wiśnicka

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wiosna tego roku przychodziła na raty, a może nawet wstydliwie, nieśmiało i ukradkiem niejako, kapryśnie. Jak płocha sarna pokazywała się na chwilę i zapadała się pod ziemię w kolejnym zagajniku. Sople co prawda płakały rzewnymi łzami przed południem, ale na drugi dzień były jeszcze dłuższe i bardziej śpiczaste. Bez się niecierpliwił zielonymi kulkami, a potem zastygał, jakby się wstydził swojego pośpiechu. I tak to trwało niepewne i zmienne, za dnia obiecywało, by w nocy się wycofać. Kościelny coś rano mówił o kretach i że to niechybny znak, że to już tuż-tuż. A proboszcz zniecierpliwiony od rana, nie wiadomo czemu, cierpko zauważył:

– Taki z ciebie prognostyk, jak, nie przymierzając, z koziej trąba, że się dosadniej i dokładniej nie wyrażę.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– Niech se proboszcz nie dworuje, bo ja swoje wiem. Ziemia puszcza, glizdy i te inne idą pod wierzch, a krety za nimi, a to zawsze zwiastuje...

– A widzisz. Gdzie tam jeszcze do Zwiastowania, ale dobrze, żeś przypomniał. Trzeba się brać za porządki powoli.

Kościelny aż prychnął z oburzenia. – O, nie. Żadna mi się tu baba nie będzie plątać po zakrystii. Niech se je proboszcz na plebanię weźmie. Co ja żem w tamtym roku użył, nerwów stracił. Jakie to wścibskie a gderliwe. Niech lepiej proboszcz ogłosi, żeby mi błota nie nawnosili do ławek na tych swoich buciorach.

Reklama

– To jak mają przychodzić, jak wszędzie błoto, w powietrzu? Aleś mądry. Wymyśl coś, żeby te buty wycierali, żeby się dało. Zimą, na śnieg, wystarczy miotła, a na błoto to ja wiem? Tyś przecież jest najtęższy umysł w powiecie, oczywiście, według twojej opinii, to na taki wynalazek cię nie stać?

Od słowa do słowa i rozstali się gwałtownie z trzaskaniem drzwiami.

– Wszystko przez ten post – mówi mi kościelny, usprawiedliwiając się.

– Przecież nie pości o chlebie i wodzie – odpowiadam.

– O, wtedy to by była Sodoma i ta druga. On jest kawał chłopa, on lubi zjeść, a tu tylko te polewki i żury bez kraszenia, bo co to taki olej?

– Bez przesady.

– Widziałem wczoraj, jak żeście jedli te prażuchy. Proboszcz się brał do tego talerza jak pies do jeża. To przez to taki zmierzły i nerwowy. Jak co roku do Palmowej będzie go trzymać.

Może nie do końca, ale coś na rzeczy było. Odkąd żeśmy popiół na głowę przyjęli, tym razem bez ekscesów, jak w ubiegłym roku, coś w proboszcza wstąpiło. Posmutniał, jakby mu kirem oczy zasłonili albo z jedną, co najmniej, żarówkę wykręcili, i rzeczywiście drażliwy stawał się okrutnie. Nie koiły go, jak zwykle, gospodarskie obowiązki, bo i z obory było słychać, jak się denerwuje i złości. Gospodyni była już w drugim tygodniu postu u kresu wytrzymałości i groziła strajkiem i wyjazdem do dzieci. Tłumaczyła mi, zdziwionemu, zachowanie brata i powody tego stanu rzeczy.

– Gdzie to, namnoży, nawydziwia, postanowień narobi jak ulęgałek, a potem rady dać nie może i się na wszystkich wyżywa. Psu na budę takie poszczenie i umartwianie.

Reklama

Niestety, prawdziwy post miał dopiero nadejść i pogrążyć nas wszystkich w żałobie. Między szkołą a remizą strażacką są tzw. glinianki, staw rozległy, obficie porośnięty i wierzbami po brzegach, i sitowiem, tatarakiem na płyciznach. Kiedyś pewnie, jak nazwa sugeruje, wydobywano stąd glinę, może i była cegielnia, ale o to trzeba by mocno starszych pytać. Całą zimę służy dzieciarni do zabawy na łyżwach i do gry w hokeja. Teraz, na wiosnę, już parę razy proboszcz przeganiał chłopaków z kijami zaciekle walczących o gole na kruchym przecież już lodzie. Słuchali na moment, brali tornistry i niby szli do domów, a skoro tylko niknął im z oczu na zakręcie, wracali, nawzajem się uciszając. Tego dnia, oby się nigdy nie zdarzył, jedliśmy późny obiad po powrocie z kolejnej spowiedzi w zimnym kościele sąsiedniej parafii. Ledwie się proboszcz przeżegnał i łyżką zaszurał po cienkiej zupie, coś groźnego przyszło wcześniej niż dźwięk do naszych uszu. Obaj aż podskoczyliśmy na krzesłach, patrząc na siebie ze zdziwieniem i pytaniem w oczach. Dopiero za moment usłyszeliśmy ten krzyk.

– Lód się załamał, dzieci się topią.

To nie tyle informacja, ile groza tego głosu nas uruchomiła. Zanim dotarło do mnie, że trzeba biec, proboszcz już był w drzwiach. Chwyciłem w pospiechu jego biret, bo wybiegł z gołą głową, i próbowałem go dogonić. Nad stawem kilku płaczących i przerażonych chłopców pokazywało coś mężczyźnie, on brodził po brzegu i bosakiem, chyba z remizy wziętym, próbował coś zahaczyć i przyciągnąć na płyciznę. Zanim dobiegłem do brzegu, proboszcz już coś krzyczał do najstarszego z chłopców.

– Po doktora, ale już!

Reklama

Tamten pobiegł od razu, oglądając się co chwilę za siebie. Dobiegłem i ja. Wtedy zrozumiałem, co znaczy powiedzenie, że ktoś stanął jak wryty. To był rodzaj stuporu, porażenia, niewiary w to, co widzą oczy. Pod lodem, przeźroczystym jak tafla szkła, widać było chłopca. W ręce trzymał jeszcze kij wycięty gdzieś z krzaków, zakrzywiony, do gry w hokeja. W drugiej ręce miał odpięte łyżwy. Jasne włosy woda układała wokół jego małej głowy w krąg przypominający aureolę. Oczy miał otwarte, ale spokojne, bez śladu przerażenia, i nawet jakiś rodzaj uśmiechu na twarzyczce. Patrzył przez ten lód nie na nas, ale gdzieś głębiej, w przestrzeń, do nieba. Ja byłem jeszcze na skarpie, proboszcz już na dole przy tamtym mężczyźnie. Widziałem, jak bierze pasek od spodni, przepasuje się przez sutannę i zahacza za ten pasek strażacki bosak. Po chwili woła do mnie:

– Trzymajcie obaj!

Nie zdążyłem się odezwać ani spostrzec, o co chodzi, jak już wszedł do wody, w stronę chłopca. Sutanna została na wodzie jak rozłożony parasol. Mężczyzna krzyczał w jego stronę, że tam zaraz zaczyna się uskok i głębina, że może trzeba by więcej ludzi i drabinę, ale to go nie powstrzymało. Za chwilę odłamał kawał lodu, schylił się i uchwycił chłopca za nogę.

– Ciągnąć! – wrzasnął do nas, bo zaczynał się zapadać. Zaparliśmy się nogami i ciągnęliśmy z całych sił, ale ziemia częściowo zamarznięta, częściowo mokra z kawałkami lodu nie ułatwiała zadania. Dwóch starszych chłopców doskoczyło do nas z pomocą. Ktoś zjawił się jeszcze, starszy pewnie, chwycił mnie w pas i szarpnął z całej siły. Proboszcz stanął stabilnie. Próbował odłamać kolejny fragment lodu, ale mu się nie udało, widać tam był jeszcze mocny. Znowu się pochylił. Wrzasnął do nas:

– Popuśćcie lekko, bo nie mogę dostać!

Reklama

Znowu coś krzyczeli o drabinie, ale ich nie słuchał, sięgał po coś. Udało mu się wreszcie uchwycić drugą nogę chłopca i delikatnie pociągał go do siebie. Już na płyciźnie, pewnie stojąc na nogach, wziął chłopca na ręce. Potknął się na śliskim gruncie, zachwiał, ale już go nie upuścił. Powoli odwracał się w naszą stronę i szedł ostrożnie do brzegu. Sutanna, całkiem przemoczona, oplatała mu nogi i z trudem stawiał kolejne kroki. Nie patrzył, dokąd idzie, ale całą uwagę miał skoncentrowaną na twarzyczce małego. Poprawiał go co chwilę, bo głowa zsuwała się z jego ramienia i opadała bezradnie jak u rannego ptaszka w dziecięcej rączce. Coś do niego mówił, zaklinał, ale był za daleko od nas, żeby zrozumieć, co mówi. Nadbiegało coraz więcej ludzi, taka wieść idzie lotem błyskawicy i poraża wszystkich. Robiło się coraz tłoczniej na brzegu i głośniej, przeważały zawodzenie i płacz. Mężczyźni, chyba strażacy, odebrali nam bosak, próbowali rzucać linę, wołali, żeby przywiązał chłopca, ale proboszcz na nich nie zwracał uwagi, parł wytrwale, choć z ogromnym trudem, do brzegu. Nadbiegł i doktor, przepychał się na brzeg i dopytywał, co się stało, bo posłaniec nie był w stanie niczego mu powiedzieć, bełkotał coś przez szloch, ale nie sposób było wyrozumieć. Wskazałem ręką na proboszcza w wodzie, też nie mogąc wypowiedzieć jakiegoś sensownego słowa. Poszedł wzrokiem za moją ręką i zobaczył go z chłopcem na rękach. Zbiegł po skarpie, wbrew przestrogom strażaków, i wołał do niego.

– Żyje!? Długo był pod lodem!?

Proboszcz był coraz bliżej brzegu, uwolniony od bosaka o własnych siłach parł do przodu. – Niech go pan weźmie i cuci, na miłość Boską. W jego głosie były przerażenie i nadzieja jednocześnie.

Lekarz nie czekał, aż proboszcz go dosięgnie, wszedł do wody i odebrał chłopca. Biegł z nim do góry po skarpie i wołał: – Kurtki, płaszcze na ziemię. Rozcierać dłonie i stopy! – Doktor uciskał klatkę piersiową, robił sztuczne oddychanie, posyłał kogoś do przychodni po jakiś zastrzyk czy przyrząd. Nawoływał i prosił małego: – Wracaj, natychmiast wracaj tu do nas, słyszysz?

Reklama

Proboszcz, jeszcze w wodzie, uwolniony od ciężaru, nie był w stanie zrobić ani kroku. Patrzył tam za nimi, oczekując pomyślnego okrzyku, potem się zachwiał i przewrócił. Podbiegłem do niego ze strażakami i próbowaliśmy go podnieść. Nie było to proste, nogi ślizgały się na błotnistym gruncie, a on sam nie bardzo miał siłę wstawać. Gramoliliśmy się powoli do brzegu, postękując z wysiłku. Podbiegli też inni i wspólnymi siłami wywlekliśmy ociekającego wodą proboszcza. W moment, wydawało się, na brzegu odzyskał siły. Otrzepał się tylko, zażądał biretu, bo ja miałem go na głowie, i ruszył od razu do góry, gdzie trwały reanimacja, płacz i zaklinanie nieba. Kiedy podchodziliśmy do nich, ludzie się rozstąpili. Proboszcz dotknął ramienia doktora, ciągle pochylonego nad chłopcem. Ten podniósł głowę i bardziej wzrokiem niż gestem pokazał, jak jest. Proboszcz runął na kolana obok, zaczął się modlić i płakać. Modlitwy nikt nie podjął, ale płacz i szloch podniósł się po wszystkich. Pierwszy zreflektował się lekarz. Odszukał mnie wzrokiem i przywołał do siebie.

– Ja się wszystkim zajmę. Niech ksiądz natychmiast zabiera stąd proboszcza. Musi się rozebrać, coś gorącego, kielicha i pod pierzynę od razu. Jak się da, natrzyjcie go najpierw spirytusem.

Proboszcz znowu nie miał siły ani żeby wstać z kolan, ani tym bardziej iść, choć do plebanii nie było daleko. Jakby nagle cała energia odeszła wraz z determinacją. Cud Boski, ktoś akurat jechał wozem konnym. Strażacy wyjęli wtyłek i położyli proboszcza w skrzyni. Ponaglali, żeby woźnica ruszał i wrócił tu jak najszybciej po małego.

Reklama

Jak do tego doszło, opowiedzieli mi chłopcy po paru dniach. Otóż wyszli ze szkoły wcześniej, bo ostatnich dwóch lekcji nie było, pani chora czy coś takiego. Normalnie by pewnie nie szli na staw, bo rodzice wiedzą, kiedy lekcje się kończą, ale tu zyskali czas do swojej dyspozycji. Jak zawsze rozegrali do dziesięciu i rewanż. Już się rozbiegali do domów, ale wygłupom nie było końca, co odważniejsi skakali na łyżwach przez przerębel. Jeden się potknął i nogę zamoczył. Pozdejmowali łyżwy i szli do domu, namawiając się na drugi dzień. I to wtedy przyszedł któremuś, nie pamiętają komu, ten głupi pomysł. Na końcu stawu od strony remizy, gdzie strażacy biorą wodę i najłagodniej brzeg opada, były luźne kry. Przebiegli po nich do brzegu. On, Kazik, szedł ostatni, chciał obejść, ale go podpuszczali i wyzywali od mazgaja. Po co posłuchał tych głupot? Kto tak wołał – nie pamiętają. Kry się już rozeszły pod wpływem ich skoków. Tu przerywają. Co było dalej, nie mogą mówić, wracają płacz i poczucie winy.

– Mógł nie posłuchać. Przecież to jest mądry chłopak. Najfajniejszy z nas. Co było? Rozpędził się i skoczył, na pierwszej się udało, na drugiej się poślizgnął, za daleko odeszła i co? Prosto pod lód. Tak go wyniosło daleko, że nie było jak, bo tam są uskok i głębia na parę metrów.

Wołali, biegali, kije podawali, nijak nie było można go dosięgnąć. Potem ten pan z bosakiem, myśleli, że da radę, a on go tylko niechcący popchnął dalej. I proboszcz nadbiegł, i, i... Słów nie ma żadnych, żeby to wypowiedzieć, płaczą tylko nieustannie i boją się pogrzebu. Wobec rodziców Kazika i innych nie wiedzą, jak i gdzie się podziać. Jak to teraz będzie, pytają, i czy długo, bo tak się żyć nie da.

Nic już nie było takie samo jak w inne lata. I post, i rekolekcje, i wiosna odważniejsza z każdym dniem teraz. Pogrzeb był w sobotę. Płacz i żałość niosły się nad drzewa wysokie cmentarne, płosząc wrony i kawki. Na Gorzkich żalach w niedzielę następną był pełen kościół i wylewało się każdymi drzwiami na zewnątrz, a śpiew był taki, nie tyle głośny, ile tak żarliwy i żałosny, jak skarga niesiona do nieba. Chłopakami proboszcz się zajął, bo strach był, że sobie co zrobią jeszcze. Kościelny zaś stał się mrukliwy i nieprzystępny.

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Żaba z charakterem

To było chyba jakiś tydzień przed odpustem. Gospodyni chodzi marudna, zaaferowana najazdem gości, których proboszcz niefrasobliwie pozapraszał.
CZYTAJ DALEJ

Mozaiki Rupnika przykryte w Sanktuarium w Lourdes

2025-04-01 08:16

[ TEMATY ]

Marek Rupnik

Karol Porwich/Niedziela

Biskup Tarbes i Lourdes, Jean-Marc Micas, nakazał zasłonięcie mozaik z Rupnika w Bazylice Różańcowej jako symboliczny gest wobec ofiar nadużyć seksualnych w Kościele. Decyzja ta wpisuje się w Rok Jubileuszowy i ma na celu ułatwienie duchowego dostępu do sanktuarium.

Biskup Jean-Marc Micas, ordynariusz Tarbes i Lourdes, opisał tę decyzję jako „drugi krok” po swojej pierwotnej decyzji z lipca 2024 r. o zaprzestaniu oświetlania mozaik w nocy i podczas procesji.
CZYTAJ DALEJ

Japonia: po 102 latach przestała się ukazywać jedyna gazeta katolicka w tym kraju

2025-04-02 14:25

[ TEMATY ]

Japonia

Adobe Stock

Malejąca liczba czytelników oraz rosnące koszty drukarskie i wydawnicze sprawiły, iż po 102 latach przestał wychodzić "Katorikku shimbun" - jedyne pismo katolickie w Japonii. Ostatni jego numer ukazał się z datą 30 marca. Redakcja gazety, żegnając się ze swymi dotychczasowymi odbiorcami, zapowiedziała, że ruszy strona internetowa, która będzie zamieszczać bieżące wiadomości z życia Kościoła w kraju i na świecie.

„Biorąc pod uwagę obecną sytuację biznesową gazety i rozprzestrzenianie się Internetu, od kilku lat rozważamy, w jaki sposób powinniśmy rozpowszechniać informacje o Kościele katolickim w Japonii” - oświadczył już w marcu ub.r. przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich Japonii kard. Tarcisio Isao Kikuchi. Oznajmił wówczas, że episkopat postanowił „rozpocząć konkretne prace nad stworzeniem nowej formy informowania”. W ten sposób o północy 1 kwietnia zaczęła działać strona Catholic Japan News, która na razie będzie dostępna tylko w języku japońskim.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję