Na mapie wtórnej szarości szczęśliwie pojawiają się piękne kwiaty, takie jak najnowszy album Joachima Mencla. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by wydedukować, że w życiu jego twórcy, wybitnego pianisty, kompozytora i bandleadera, ważny jest Bóg.
Gdy poszukuję rzeczy pięknych i oryginalnych, czasami doznaję wielkiego oczarowania. Przychodzi ono niekiedy z całkiem innej strony, niż się spodziewałem. Brooklyn Eye to – jak wynika z informacji Mencla zawartych w materiałach towarzyszących płycie – wymarzone, wyśnione dziecko. Moim zdaniem, to owoc konsekwencji artysty, który nigdy nie chadzał na skróty i podąża ścieżką artystycznej prawdy. Nigdy nie krył swojej wielkiej wiary, a twórcza obecność w licznych projektach odwołujących się wprost do Sacrum, dowodziła, że słowo „wierzę” tyle samo można wypowiedzieć, co werbalizować dźwiękiem. O miłości i wierze się nie krzyczy, o niej się mówi i – jak słychać – gra, mądrze, z szacunkiem. Jak choćby w temacie Come Holy Spirit (mój ulubiony na płycie) czy w Psalmie 88. To nie tyle jazz, ile wyznanie wiary rozpisane na frazy, dopełnione wspaniałą improwizacją jazzmanów, którzy o jazzie i swingowaniu wiedzą wszystko, a może i więcej.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Ale artysta, twórca, jest na tyle oryginalny, na ile oryginalne jest jego dzieło. To, że Mencel sięgnął w przypadku tej nagrywanej w Nowym Jorku płyty po instrument wpisany w naszą ludową spuściznę – lirę korbową, okazało się asem w rękawie. Mikstura barw fortepianu i gitary to nowy ląd. Nie tylko intrygujący, ale i zniewalający. Mogę tego słuchać i słuchać...
A co o samym albumie mówi nam jego autor? – Komponowanie, przygotowania, nagrania i produkcja muzyczna albumu Brooklyn Eye zajęły mi dość dużo czasu, nie mówiąc o tym, że niektóre kompozycje napisałem dawno temu i czekały na ten moment. Teraz podekscytowany czekam na recenzje i opinie o tym materiale. Myślę, że wiele moich płyt wyrażało moje artystyczne oblicze, niemniej jednak ta płyta jest, według mnie, najbardziej reprezentatywna dla mnie jako kompozytora, instrumentalisty i lidera. Zawiera utwory, które pisałem na przestrzeni ostatnich prawie 30 lat. Gram tutaj na moim ukochanym instrumencie, fortepianie, a także na instrumencie, na którym gram dopiero 7 lat – lirze korbowej. Z pierwszych recenzji wynika, że największe wrażenie robi na słuchaczach brzmienie mojej liry, to, w jaki sposób na niej gram i jak jej używam, grając z jazzową akustyczną sekcją rytmiczną. Dla mnie gra na lirze jest dopełnieniem gry na fortepianie, to też jest moje artystyczne oblicze, to też jest mój głos i ten głos jest odbierany jako najbardziej oryginalny – wyznał Niedzieli Joachim Mencel.
Cóż, do takiego tanga nie trzeba dwojga, ale czworga. I są to w przypadku tego krążka mistrzowie w skali światowej: gitarzysta Steve Cardenas, który niedawno brał udział w nagraniach zespołu John Patitucci Electric Guitar Band w tym samym studiu, w którym nagrane zostały kompozycje Joachima Mencla; kontrabasista Scott Colley, który grał z gigantami fortepianu, takimi jak Herbie Hancock, Craig Taborn czy Andrew Hill; oraz perkusista Rudy Royston, który na co dzień gra z takimi ikonami nowoczesnego jazzu jak Rudresh Mahanthappa, Linda Oh, Ben Allison i jest stałym członkiem grupy Billa Frisella.
Co tu ukrywać, jak widać – czy raczej słychać – mamy do czynienia z mieszanką iście wybuchową. Obecność w tym gronie Polaka, w dodatku jako lidera grającego z wygami jazzu jak równy z równym, to radość dla nas wszystkich. Serce rośnie.