Reklama

Niedziela Przemyska

Droga Biskupa Chudzio

Doświadczenie, które mi zostało z okresu kamienieckiego, to bardziej pamięć o tamtejszych ludziach, o księdzu biskupie, kapłanach, pełnych zaufania Bogu, a jednocześnie gotowych na wszystko, by wiary bronić… – tak wspomina czasy posługi w diecezji kamienieckiej nowy biskup pomocniczy archidiecezji przemyskiej.

Niedziela przemyska 21/2020, str. IV

[ TEMATY ]

wywiad

bp Krzysztof Chudzio

Rafał Czepiński

Bp Krzysztof Chudzio z matką

Bp Krzysztof Chudzio z matką

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ks. Zbigniew Suchy: Zawsze jest takie miejsce, gdzie się coś zaczęło… Jak Ksiądz Biskup pamięta decyzję pójścia drogą do kapłaństwa?

Bp Krzysztof Chudzio: Powołanie, to zawsze rzeczywistość, której zwykłymi słowami nie da się opisać. Trudno też wskazać moment, kiedy nastąpiło ostateczne przekonanie i definitywna decyzja. Są to sprawy działania Pana Boga, który wie, jak do każdego serca dojść i tak po trochę konsekwentnie pokazuje swoje zamiary wobec konkretnego człowieka. Z dzisiejszej perspektywy pamiętam, że przekonanie o tym, że powinienem wybrać drogę powołania kapłańskiego pojawiało się wyraźnie w liceum, chociaż i wcześniej pojawiały się takie myśli, a może nawet pragnienia. Wydaje się, że tym decydującym momentem był czas, kiedy już autentycznie należało złożyć dokumenty do seminarium. W całym tym procesie było dużo wewnętrznej obrony, uciekania przed tą myślą. Pamiętam, że nawet z kolegą umówiłem się na politechnikę, ale jakoś ta politechnika nie była planowana z przekonaniem, stąd nie pojechałem na egzaminy. W końcu doszedłem do wniosku, że nie da się uciekać przed Panem Bogiem i powołaniem kapłańskim.

Na tej drodze pójścia za Chrystusem na pewno pojawiali się ludzie, którym warto poświecić parę słów.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Pan Bóg tak mnie prowadził, że nieustannie na mojej drodze stawiał ludzi, którzy nie tylko mi imponowali, ale potrafili zaszczepiać właściwe idee. Jestem im winien dozgonną wdzięczność. Z pewnością na pierwszym miejscu są tu rodzice. Ale dla chłopca-ministranta, takim wzorem był też proboszcz. Tutaj muszę wspomnieć mojego pierwszego proboszcza, śp. ks. Mariana Burczyka. A później, kiedy byłem już w seminarium, kolejnym proboszczem, który pokazywał radość życia kapłańskiego, był ojciec Wacław Partyka. Ważnymi wydarzeniami kształtującymi sposób myślenia były dla mnie rekolekcje oazowe, na które jeździłem zwykle z ks. Stanisławem Częczkiem. Oczywiście także i świeccy, rodzice, a szczególnie mama taką zwyczajną pobożnością wskazywała, że trzeba w życiu zaufać Bogu, Matce Najświętszej. To byli pierwsi, którzy stawali na mojej drodze, ale właściwie nieustannie spotykałem ludzi, którzy byli życzliwi i w ten sposób pokazywali dobroć Pana Boga. Z pewnym podziwem i chęcią naśladowania wspominam kleryków, którzy przyjeżdżali do naszej parafii z różnymi posługami, a w tym młodego diakona Zbigniewa Suchego, głoszącego kazania pasyjne.

Niedługo po święceniach zrodziła się myśl skierowania swojej posługi w stronę Wschodu. Co zdecydowało o tym? W końcu spędził tam Ksiądz Biskup połowę swojego kapłaństwa?

Reklama


Po święceniach człowiek jest bardziej nastawiony na przyjęcie polecenia, gdzie biskup skieruje, gdzie Kościół wyznaczy zadania. Ale przyznam, że myśl i ciekawość, jak wygląda w Związku Radzieckim życie religijne, jak tam ludzie mogą Pana Boga poznawać, towarzyszyła mi jeszcze w liceum, kiedy słyszałem o tym, że mimo wszystko w tej komunistycznej Rosji są jacyś księża i można znaleźć ludzi wierzących. Będąc tak blisko granicy ze Związkiem Radzieckim, nigdy tej granicy nie przekroczyłem. Jednak w pierwszym roku kapłaństwa nadarzyła się okazja turystycznego wyjazdu. Otrzymałem formalne zaproszenie. Do dziś nie wiem, kto podał moje dane, bo potrzebne były dość szczegółowe dane osobowe, by można było otrzymać „zaproszenie” umożliwiające przekroczenie tej tajemniczej granicy. Niemniej jednak wspomniane zaproszenie do mnie, jak i do innych kapłanów trafiło. Ksiądz Biskup pozwolił mi na ten turystyczny (miesięczny) wyjazd.
Wspomnę tu jeszcze wydarzenie zapamiętane z pierwszych dni mojego pobytu w seminarium. Otóż, kiedy odbywała się inauguracja roku akademickiego, ówczesny ordynariusz bp Ignacy Tokarczuk mówił nam, że „wy jesteście już tym rocznikiem, który pojedzie na Wschód”. Zapamiętałem to, choć myślę, że nie braliśmy tego zdania całkiem na poważnie. Ale kiedy przekroczyłem granicę i trafiłem do ks. Zenona Turowskiego, który zaprosił mnie do Szarogrodu, zrozumiałem, że z turystyki nic nie będzie, tylko należy zabierać się za pracę duszpasterską, żeby wspomóc księdza.
Był to w Związku Radzieckim czas nazywany „pieriestrojką”. A więc czas, kiedy kwestie wiary, uczestnictwa w nabożeństwach, katechezy, były nieco bardziej dostępne dla ludzi. Już nie karano ich ani nie straszono więzieniem. Stąd też, tak jak mogłem, zaangażowałem się w pracę duszpasterską. Okazało się, że podobne zaproszenie otrzymał bp Stefan Moskwa, który także przyjechał do Szarogrodu. Kiedy ks. Zenon dowiedział się, że jest to biskup z mojej diecezji i jest to mój przełożony, od razu pojawiła się prośba, bym mógł tam pozostać. Bp Moskwa tę prośbę przekazał bp. Tokarczukowi, który po moim powrocie do Polski wezwał mnie i powiedział, że jest taka możliwość, że ludzie proszą, i zapytał, czy nie chciałbym tam pojechać na dłużej. Odpowiedziałem, że jeśli jest taka potrzeba, to jestem gotów. „To proszę się przygotowywać, za dwa, trzy lata ksiądz tam pojedzie” – powiedział Ksiądz Biskup. Okazało się, że tydzień nie minął, jak dostałem aplikatę – pismo, że zwalnia mnie Ksiądz Biskup z obowiązków wikariusza w Krośnie i kieruje do pracy na Wschodzie. No i tak to się zaczęło. Pierwsze dwa lata każdy z nas pracował jak mógł, nie było jeszcze struktur, nie było biskupów na Wschodzie. Kiedy Ojciec Święty mianował biskupem ks. Jana Olszańskiego, on z kolei poprosił mnie, aby przenieść się do Kamieńca Podolskiego, gdzie była stolica diecezji, i pomóc mu w jego zadaniach. Tak rozpoczął się drugi etap mojej pracy na Wschodzie.

Patrząc z perspektywy lat, można powiedzieć, że było to w jakiś sposób przygotowaniem do posługi, którą Ksiądz Biskup rozpoczyna.

To prawda, byłem blisko bp. Olszańskiego i tego, co dziś można określić, jako początki kurii biskupiej. Ale wtedy to patrzenie było inne. Ja na biskupa patrzyłem od strony jego wielkiej gorliwości w modlitwie, pobożności i ufności Bogu. To był człowiek, który przeszedł przez te wszystkie lata komunistycznych prześladowań nieustannie inwigilowany. Musiał uczyć się duszpasterzowania, kiedy było to zabronione. Musiał używać różnych sposobów, by ludzi gromadzić przy Bogu, a jednocześnie dbać o ich bezpieczeństwo. Wszystkie sprawy zawierzał Bogu, stąd też widziałem biskupa zazwyczaj na modlitwie w katedrze w postawie wiary i zaufania. W odpowiedzi na modlitwę biskupa przyjeżdżało więcej kapłanów. Powstawały, a raczej odbudowywane były parafie, które kiedyś były w diecezji kamienieckiej. Doświadczenie, które mi zostało z tamtego okresu, to bardziej pamięć o tamtejszych ludziach, o księdzu biskupie, kapłanach, pełnych zaufania Panu Bogu, a jednocześnie gotowych na wszystko, by wiary bronić. Mniej w pamięci pozostały sprawy techniczne, potrzeby, które rodziło życie, a które próbowaliśmy jakoś rozwiązywać.

Reklama

Trudno nie zapytać o ten kolejny odcinek życia, jakim było posługiwanie w Seminarium jako ojciec duchowny.

Kiedy abp Józef Michalik zaproponował taką posługę, wydawała mi się biegunowo różna od tego, co do tej pory robiłem, kiedy bardziej byłem nastawiony na zewnętrzne działanie. Trzeba się było modlić razem z klerykami, w ten sposób oni też budowali i moją duchowość, bo w rzeczywistości to Duch Święty nas prowadził i On nas kształtował. Była to moja posługa i odpowiedzialność, więc starałem się jak umiałem. Miałem też przyjaciół, od których mogłem zawsze zasięgnąć rady. Przecież to z bp. Stanisławem pracowaliśmy razem jako ojcowie duchowni, czy też z ojcem Markiem Wilkiem. Trudno jest jednak mówić o posłudze ojca duchownego. Ona zawsze jest taka bardziej wewnętrzna.

W jakim momencie dotarła wiadomość o tym, że został Ksiądz mianowany biskupem?

Reklama

Był to okres bezpośredniego przygotowania do Wielkanocy, więc spowiadałem moich parafian. Była to spowiedź w bardzo specyficznych warunkach, bo do spowiedzi mogło przystępować tylko po kilka osób z powodu ograniczeń nałożonych ze względu na pandemię, więc przychodziły po trzy lub cztery osoby i zaraz po spowiedzi należało udzielić Komunii św. W tej przerwie pomiędzy Komunią a drogą do konfesjonału przypomniałem sobie, że w piątek będzie odpust w naszej parafii i trzeba znaleźć trzy osoby, żeby w czasie liturgii poprowadziły śpiew. Poszedłem do zakrystii, by zadzwonić do jednej czy drugiej osoby. Zobaczyłem nieodebrany numer. Po uaktywnieniu numeru usłyszałem głos Nuncjusza, no i – to był ten pierwszy kontakt.

Bogu wiernemu i miłosiernemu – tak z nagła przyszło, czy…

O tym, że Bóg jest miłosierny i ja ciągle doświadczam tego miłosierdzia, nieustannie się przekonuję. Jednak przed samym już ogłoszeniem nominacji Ksiądz Arcybiskup zaproponował, żeby się zastanowić nad hasłem, jakąś myślą przewodnią mojej posługi. Bp Stanisław podpowiedział mi, że warto wziąć Pismo Święte i zobaczyć, co Pan powie. Otworzyłem Pismo Święte i jedno z pierwszych zdań brzmiało: „Bóg jest wierny”. Pomyślałem, że rzeczywiście to będzie właściwe hasło: Bogu wiernemu, ale kiedy Ksiądz Arcybiskup w czasie uroczystego ogłoszenia podawał mi obraz Jezusa Miłosiernego, wiedziałem, że trzeba jeszcze dodać: Bogu wiernemu i miłosiernemu.

Bardzo dziękuję za to spotkanie. Życzymy, aby całkowite zawierzenie, które Ksiądz Biskup wypowiedział Matce Bożej, towarzyszyło przez całą drogę, i niech Ona otacza płaszczem swojej opieki wszystkie sytuacje, które na tej pasterskiej drodze będą się działy.

Bardzo dziękuję.

Bp Krzysztof Chudzio urodził się w 1963 r. Przez 17 lat pracował na Ukrainie w diecezji kamieniecko-podolskiej. Po powrocie pełnił funkcję dyrektora Muzeum Archidiecezjalnego, notariusza w Kurii, ojca duchownego w WSD, proboszcza parafii pw. Niepokalanego Poczęcia NMP w Jasienicy Rosielnej. Święcenia biskupie odbyły się 2 maja w katedrze przemyskiej.

2020-05-20 11:39

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Strażnicy „przestarzałych wartości”

Niedziela Ogólnopolska 12/2016, str. 36-37

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

Grzegorz Boguszewski

Edmund Muszyński

Edmund Muszyński

Z Edmundem Muszyńskim i Mirosławem Widlickim o nowym szturmie na PAST-ę i walce o ideały Armii Krajowej rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan, Panie Prezesie, jednym z nielicznych już, niestety, przedstawicieli pokolenia Armii Krajowej... EDMUND MUSZYŃSKI: – Jednym z ostatnich i coraz bardziej bezsilnych, nie tylko z powodu stanu zdrowia. Bardzo martwi mnie stan naszego AK-owskiego środowiska. Choć jest w nim wciąż jeszcze wielu ludzi prawdziwych, doskonale czujących przesłanie Armii Krajowej, to jestem bardzo zniesmaczony postawą tych, którzy od kilku już lat decydują o naszym Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Tak naprawdę trudno mi powiedzieć, kim są ci ludzie, bo na pewno nie rozumieją słów: „Bóg, Honor i Ojczyzna”. – Kim zatem są dzisiejsi członkowie Światowego Związku Żołnierzy AK? MIROSŁAW WIDLICKI: – W ostatnich latach rzeczywiście coraz trudniej to określić. I takie pytania zadają nam członkowie terenowych kół AK. Sprawa była oczywista w latach 90. ubiegłego wieku, gdy żyło jeszcze wielu dowódców AK, gdy wszyscy dobrze się znali i na ogół znali swoją przeszłość. Po 2000 r. szeregi poszerzały się o wolontariuszy – takich jak ja – niekombatantów, ale przybywało też członków kombatantów, których nie miał kto weryfikować i którzy następnie trafiali do władz różnych szczebli, również do Zarządu Głównego. – Czy częste są dziś życiorysy AK-owskie niedostatecznie uwierzytelnione? M. W.: – To przykre, ale krążą takie opinie, a te przypadki, nawet jeśli nie są zbyt częste, to i tak podważają wiarygodność całego związku. Poza tym w ostatnich latach, w czasach docierającej do nas liberalizacji, można zaobserwować odchodzenie związku od swoich ideałów. Gdy pan prezes Muszyński napisał piękną „Preambułę” do naszego statutu (aby przeciwstawić się tej liberalizacji), wywołało to protesty, Zarząd Główny przegłosował odrzucenie „Preambuły”. – Dlaczego? M. W.: – Dlatego, że była zbyt „bogoojczyźniana”, a teraz to nie na czasie. Dwadzieścia lat temu taka reakcja byłaby nie do pomyślenia. Bardzo więc stępiła się ta szczególna czujność, nawet w ludziach powołujących się na etos AK, a niedługo już nie będzie tych, którzy dziś starają się tę czujność budzić... – Światowy Związek Żołnierzy AK stara się jednak przekazać swą wartę następnemu pokoleniu, poprzez tzw. członków nadzwyczajnych... M.W.: – Ludzie młodsi, niekombatanci, jeśli deklarują przywiązanie do wartości i etosu Armii Krajowej i chcą czynnie i całkowicie bezinteresownie pracować w związku, by zaszczepić ten etos szczególnie w młodym pokoleniu, otrzymują status członka nadzwyczajnego – bez praw wyborczych. Po roku działalności i pozytywnej opinii prezes okręgu ma prawo nadać im status członka zwyczajnego – z prawami wyborczymi, lecz oczywiście bez uprawnień kombatanckich. Taki właśnie status ja posiadam. Mimo że jestem z młodszego pokolenia, to podobnie jak pan prezes Muszyński ubolewam nad odchodzeniem (mam nadzieję, że to wyjątki) od Boga, ale i z honorem jest różnie. E. M.: – Niedawno byłem bardzo zdumiony tym, że kilka osób przyjęło medale zasługi od... prezydenta Niemiec. Choć tego nie nagłaśniano. M. W.: – Prezydent Niemiec wręczył te odznaczenia powstańcom warszawskim, odpowiednio dobranym członkom naszego związku. Naszym zdaniem, przyjmowanie ich było co najmniej dwuznaczne moralnie i mogło budzić niesmak. E. M.: – Ja z zasady odmawiałem przyjmowania odznaczeń. Przyjąłem tylko Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Partyzancki. – Kiedy, Panów zdaniem, zaczęły się te „budzące niesmak” zmiany? E. M.: – Moim zdaniem, widać je wyraźnie od czasu, gdy w Polsce zaczęli rządzić liberałowie, czyli Platforma Obywatelska. Wcześniej nikt w naszym środowisku nie ośmielał się kwestionować wartości, z których wyrasta etos AK. Nagle okazało się, że wszystko można wyśmiać, nawet splugawić, a w najlepszym razie przemilczeć. M. W.: – Dwa lata temu pewna szkoła przyjęła imię jednego z naszych bohaterów lotników i... na jej sztandarze zabrakło słowa „Bóg”, jest tylko „Honor i Ojczyzna”. Komuś przyszło do głowy, żeby tak ocenzurować sztandar. – Pytaliście, dlaczego tak się stało? E. M.: – Nie miał kto zadać tego pytania, bo na uroczystość nawet nas nie zaproszono. Może dlatego, że byśmy tam tylko przeszkadzali jako strażnicy „przestarzałych wartości”. M. W.: – Po prostu atmosfera poprawności politycznej trafiła pod strzechy. Decyzję w tej konkretnie sprawie najprawdopodobniej podjęli sami nauczyciele tej szkoły, może rodzice, a w najmniejszym stopniu młodzież. – Kłopoty z wypełnianiem misji ŚZŻAK nie polegają więc dziś tylko na tym, że odchodzą już ci, którzy swym życiem zaświadczali, czym jest hasło: „Bóg, Honor i Ojczyzna”... M. W.: – Faktem jest, że jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy wśród nas była większa liczba dowódców o niekwestionowanym autorytecie, łatwiej było wypełniać tę patriotyczną misję w obronie najważniejszych polskich wartości. E. M.: – Istotnie, od kilkunastu lat nie tylko na tym polegają nasze kłopoty. Wystarczy tu przypomnieć perturbacje z zakładaniem Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, która miała być materialną bazą dla działalności ŚZŻAK. Kiedy zaczynaliśmy powoływać fundację w roku 1998, było jeszcze całkiem uczciwie... – Co to znaczy? E. M.: – Założycielami fundacji mieli być pospołu Światowy Związek Żołnierzy AK i warszawski Urząd Wojewódzki. W końcu jednak jedynym fundatorem został nasz związek. Tak się złożyło, że wybrano mnie na pierwszego prezesa fundacji. To było w czasie, kiedy kończyły się rządy Jerzego Buzka, a AWS tracił poczucie bycia partią uczciwą. Przygotowałem wtedy projekt statutu, potem kolejne, których z jakiegoś powodu długo nie chciano zaakceptować w Krajowym Rejestrze Sądowym. W końcu, po pokonaniu licznych kłód pod nogami, we wrześniu 1999 r. statut został zarejestrowany. Fundacja mogła więc wreszcie przyjąć darowiznę – czyli przejąć budynek PAST-y. Ale to nie koniec kłopotów. Prawdziwa walka dopiero się zaczęła. – Zaczęła się nowa walka o PAST-ę? E. M.: – Tak, i to równie zacięta jak ta w 1944 r. Od początku było jasne, że ktoś za wszelką cenę chce nam uniemożliwić przejęcie PAST-y, czyli jej nieodpłatne scedowanie przez Skarb Państwa na rzecz naszej fundacji. Państwo musiało wypłacić sowite odszkodowanie firmie do tej pory administrującej tym budynkiem tylko w zamian za to, że nie będzie ona pretendowała do tytułu własności. O ile pamiętam, było to 960 tys. zł – ostatnie pieniądze, które miał do dyspozycji premier Buzek przed podaniem się do dymisji. M. W.: – Gdyby nie to odszkodowanie, sprawa przez lata toczyłaby się w sądach, a z darowizny na rzecz naszego związku nic by nie wyszło. I tamta firma nadal by sobie pasożytowała na budynku PAST-y, podobnie jak czyniło to w innych miejscach wiele pokomunistycznych firm. – Można powiedzieć, że to pan prezes Muszyński ponownie odbił PAST-ę? M. W.: – Jak najbardziej, choć dzisiaj wielu się do tego przyznaje... E. M.: – ...a nie mają nawet bladego pojęcia, jak ostro wtedy było. Po zarejestrowaniu statutu zaczęła się wojna podjazdowa – i to na wielu frontach – mająca nam uniemożliwić przejęcie PAST-y. W urzędzie wojewódzkim zadziałał ktoś wpływowy; urzędnicy zaczęli mnożyć trudności, zwłaszcza wicedyrektor wydziału gospodarki ziemią i geodezji, który aby rzecz maksymalnie utrudnić, przygotował specjalne plany geodezyjne wręcz uniemożliwiające przekazanie nam działki, na której stoi budynek PAST-y. M. W.: – Działkę podzielono na dwie części – umyślnie w taki sposób, że część budynku PAST-y z windą wydzielono i przypisano do działki sąsiedniej! Chciano tak skomplikować sytuację prawną, by uniemożliwić, a co najmniej na bardzo długo odwlec przekazanie budynku Związkowi AK. To wszystko by się powiodło – bo ten chytry zabieg utrzymywano w ścisłej tajemnicy – gdyby nie to, że jedna z wysokich urzędniczek uczciwie ostrzegła pana prezesa Muszyńskiego, że coś takiego się kroi. E. M.: – To prawda. Nikomu o tym nie mówiłem, ale wtedy zacząłem osobiście atakować wojewodę. Umowę przekazania darowizny, oczywiście, przedłożyłem wcześniej radcom prawnym w Ministerstwie Skarbu Państwa. Nikt tam nie miał żadnych zastrzeżeń. Pojawiły się one potem nagle – zaczęto domagać się od nas kolejnych bezsensownych dokumentów. Do końca nie byliśmy pewni, czy podpisanie umowy w ogóle kiedykolwiek nastąpi, gdyż targi były niezwykle ostre. Strona przeciwna – na dobrą sprawę nie wiadomo kogo reprezentująca, nieżyczliwa – do końca miała chyba nadzieję, że do tego podpisania, mimo wcześniejszych uzgodnień, jednak nie dojdzie. Pomogły wspierające nas działania dyrektor Wydziału Skarbu Państwa i Przekształceń Własnościowych Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego Bożeny Grad, a szczególnie szefa Kancelarii Premiera Buzka ministra Mirosława Koźlakiewicza; przyszło polecenie od premiera, aby pan wojewoda podpisał dokument. To było 10 listopada 1999 r. – Miał Pan wówczas wielką satysfakcję, poczucie zwycięstwa? E. M.: – Tak, ale to poczucie trwało krótko, ponieważ już następnego dnia nie dostąpiłem zaszczytu uroczystego przejęcia budynku z rąk premiera Buzka... PAST-ę przejmował ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz, sam. Mnie zignorowano... Mimo że przecież byłem prezesem zarządu fundacji, adresatem całej korespondencji w tej sprawie, mimo że – powiem nieskromnie – przez wiele miesięcy sam walczyłem o PAST-ę. – Cóż, taki zawsze był w Polsce los prawdziwych, najbardziej zasłużonych AK-owców, Panie Prezesie. E. M.: – Pozostała mi tylko satysfakcja, że się udało, bo sam najlepiej wiem, że mogło się nie udać. – Ale zasłużył Pan chyba na wdzięczność AK-owskiego środowiska? E. M.: – No właśnie, najsmutniejsze jest, że tego nie jestem pewien... M. W.: – Obydwaj z Prezesem jesteśmy w komisji statutowej związku i tak się składa, że wszystkie nasze najważniejsze poprawki do statutu zostały w głosowaniu odrzucone, m.in. wprowadzenie do statutu „Preambuły” i przywrócenie może nie Rady Naczelnej, ale Rady Starszych (złożonej z kilku powszechnie szanowanych kombatantów), która dbałaby o kręgosłup moralny związku i zabierałaby głos w sprawach ważnych dla Polski, którego dziś brakuje. E. M.: – A ja mimo wszystko nie tracę nadziei, że w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej zajdzie jakaś dobra zmiana. * * *
CZYTAJ DALEJ

Dolnośląskie/ Policjant postrzelony na służbie trafił do szpitala

2026-09-24 14:52

[ TEMATY ]

policja

Adobe Stock

Podczas wykonywania czynności procesowych we wsi Kraśnik w powiecie bolesławieckim na Dolnym Śląsku postrzelony w głowę został policjant. Ranny trafił do szpitala. Sprawca postrzelenia został ujęty. Prokuratura podała, że prowadzi śledztwo w kierunku usiłowania zabójstwa i napaści na funkcjonariusza.

Rzecznik Powiatowej Komendy Policji w Bolesławcu podkom. Anna Kublik-Rościszewska powiedziała PAP, że w czwartek policjanci z Bolesławca realizowali czynności operacyjne i procesowe we wsi Kraśnik na terenie powiatu bolesławieckiego wobec osoby podejrzewanej o kradzieże.
CZYTAJ DALEJ

„Ja także chciałabym zostać uzdrowiona”. Świadectwo Margherit

2026-09-27 18:36

[ TEMATY ]

Leon XIV we Francji

Vatican Media

Moja wiara się zachwiała. Byłam zła na Mamę Maryję - wyznała Margherite Hourt podczas spotkania Leona XIV z chorymi i osobami, które im posługują w Lourdes. Po wypadku, który odebrał jej sprawność, właśnie przy Grocie odnalazła pocieszenie. Jej świadectwo oraz słowa lekarza z Laval pokazały Papieżowi Lourdes widziane oczami tych, którzy wiedzą, że granica między pomagającym a potrzebującym pomocy może zniknąć w jednej chwili.

Podziel się cytatem Po raz pierwszy przyjechała tu jako dwudziestolatka, aby pomagać chorym i osobom z niepełnosprawnościami podczas pielgrzymek diecezji Metz. Później robiła to przez ponad 14 lat. Na co dzień pracowała w fabryce ceramiki, a urlop przeznaczała na służbę chorym w Lourdes.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję