Reklama

Polityka

Demokracja na dywaniku

Strasburska debata o Polsce uruchomiła lawinę krytyki pod adresem unijnych instytucji. Premier Beata Szydło przejęła inicjatywę nad całą dyskusją

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Europejska debata ws. praworządności w Polsce trwała w Parlamencie Europejskim prawie trzy godziny. Momentami dyskusja była żywa i emocjonująca. Kiedy na sali plenarnej w Strasburgu słuchać było okrzyki i oklaski, przewodniczący parlamentu Martin Schulz stanowczo zareagował. – W polskim parlamencie na takie zachowanie nikt by nie pozwolił – uspokajał Polaków siedzących na trybunie. – Myli się pan. W naszym Sejmie można klaskać i protestować w różny sposób – odpowiedziała Beata Szydło.

Ta scena niewiele mówi o meritum sporu pomiędzy Polską a Komisją Europejską, ale oddaje atmosferę dyskusji. Eurokraci spodziewali się, że szefowa polskiego rządu zostanie zlinczowana przez unijnych polityków, tak jak niegdyś premier Węgier Viktor Orbán. Jednak tym razem narracja zupełnie wymknęła im się spod kontroli. Niemal całe odium parlamentarnej krytyki spadło na instytucje UE, przewodniczącego PE i wysokich komisarzy. Co więcej, premier Szydło doskonale wchodziła w interakcję z europarlamentarzystami. Bez wątpienia to był jej dzień w Strasburgu.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– Aroganccy reprezentanci Europy, która jest w stanie wielkiego kryzysu moralnego, próbowali nas rozliczać. Miałem momentami poczucie upokorzenia, że Polska musi się tłumaczyć z tego, co robi – mówi Marek Jurek. – Jeżeli w Polsce będą nadal wprowadzane głębokie zmiany, to ataki na nas będą powracać.

Europa ma poważniejsze problemy

Reklama

Na tle największych europejskich ugrupowań sytuacja Polski nie zapowiadała się zbyt różowo. Mogliśmy liczyć jedynie na wsparcie niszowych frakcji oraz ugrupowania Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR), którego członkami są deputowani z PiS. Brukselsko-strasburska arytmetyka wskazywała, że przeciwko Polsce może wystąpić cała machina najpotężniejszych partii: ludowcy, socjaldemokraci, liberałowie oraz zieloni. Rzeczywistość polityczna okazała się jednak inna. O ile dopisała frekwencja konserwatywnych i prawicowych europosłów, to w ławach Europejskiej Partii Ludowej (EPP) nie było nawet wielu polityków wybranych z list Platformy Obywatelskiej. Największy atak na premier Szydło przeprowadzili socjaldemokraci i liberałowie. Skrajna lewica z partii Zielonych atakowała Polskę, ale nie omieszkała również wytknąć podwójnych standardów stosowanych przez Komisję Europejską.

Słabe przygotowanie zachodnich polityków sprawiło, że całą debatę trudno określić mianem merytorycznej dyskusji. Lewica powtarzała opinie powielane w zagranicznej prasie, a przedstawiciele EPP „nabrali wody w usta” pod wpływem niezdecydowania kolegów z Platformy Obywatelskiej.

Jedynie lider liberałów – Belg Guy Verhofstadt był jednym z nielicznych zachodnich polityków, który orientował się w meandrach sporu politycznego w Polsce. Efekt dyskusji był taki, że podczas trzygodzinnej debaty tylko Verhofstadt zadał jakiekolwiek pytania szefowej polskiego rządu.

– Pytań o Trybunał Konstytucyjny i media wielu nie było. Rozumiem, że nie ma problemu i nie ma o co pytać. Okazuje się, że ta dyskusja jest dla nas wszystkich kłopotem – podkreśliła premier Szydło. – Ja również nie zgadzam się z decyzją Komisji Europejskiej, bo w Polsce nie ma problemu z demokracją. Europa ma znacznie ważniejsze problemy, którymi powinna się zająć.

Polskę trzeba przeprosić

O ile wystąpienia przeciwko Polsce zatrzymały się na ogólnikach, to prawa strona europarlamentu oraz deputowani z ECR-u byli przygotowani znacznie lepiej. Dzięki temu narracja debaty przerodziła się w precyzyjną krytykę unijnej polityki, niezrozumiałych poczynań Komisji Europejskiej oraz niezgody na europejską hegemonię Niemiec.

Reklama

Z jednej strony widzieliśmy, jak Beata Szydło świetnie radzi sobie na europejskim forum, a z drugiej – że wspierają ją deputowani z różnych krajów. Ważne było, że z ust Polaków nie padło ani jedno słowo pod adresem Niemców, którzy od tygodni krytykują nowy rząd PiS-u. Niemieckim politykom dostało się najbardziej od Brytyjczyków, Francuzów, a nawet od jednego Niemca. Bez wątpienia najwięcej gromów posypało się w kierunku Martina Schulza, niemieckiego socjaldemokraty i przewodniczącego PE. – Porównywanie rządu polskiego z Władimirem Putinem jest zupełnie nie na miejscu. Muszą państwo zdać sobie sprawę z tego, że jest to obraźliwe wobec narodu polskiego, który cierpiał pod jarzmem sowieckim i narodowosocjalistycznym. Nie sądzi pan, że dziś jest dobra okazja, żeby przeprosić? – mówił Syed Kamall, szef frakcji ECR.

Sytuacja w Polsce stała się jedynie pretekstem do walki politycznej na forum PE. Przeciwnikami rządu PiS byli – jak wspomniano – europejscy liberałowie, partia ludowa oraz socjaldemokraci, czyli dokładnie te frakcje, którym ze względów ideowych nie podoba się nowy rząd w Polsce. Warszawa znalazła się więc na dywaniku ze względów czysto politycznych, a nie merytorycznych. Jeżeli podobne zmiany wprowadzałyby rządy o proweniencji socjaldemokratycznej lub chadeckiej, to całego zamieszania w ogóle by nie było. – Ci, którzy rozmawiali z panią premier dzisiaj, mają chyba świadomość, że nikt nie ma intencji rozmontowywania państwa prawa. Przecież to poprzedni rząd nominował nadprogramowych sędziów do TK. Dlaczego wówczas nie było żadnych skarg? – to pytanie Kamalla do komisarza Fransa Timmermansa pozostało jednak bez odpowiedzi.

Komisarze podwójnych standardów

Debata w europarlamencie miała dwa wymiary. Jeden z nich był międzynarodowy, a drugi to przekaz do polskiej opinii publicznej. Premier Beata Szydło wygrała na wszystkich frontach, bo z jednej strony krytycy naszego kraju przegrali na forum PE, a z drugiej – Polacy zobaczyli, że szefowa rządu potrafi reprezentować ich z podniesioną głową. – W Strasburgu urodził się nowy lider europejski, który nazywa się Szydło. To była jej wielka osobista wygrana – to słowa ministra Witolda Waszczykowskiego. W podobnym tonie Beatę Szydło opisywała również zachodnia prasa.

Reklama

To była wygrana nie tylko wizerunkowa, ale także merytoryczna. Jeśli porównamy poziom wyjaśnień ze strony Komisji Europejskiej i szefowej polskiego rządu, to jednoznacznie szala przechyla się na stronę polską. Komisarz Timmermans nie odniósł się do żadnego z trudnych pytań i oskarżeń o stosowanie podwójnych standardów.

– Gdyby moja partia wstawiła 14 sędziów do 15-osobowego TK, to rozpętałoby się tutaj piekło. A ja słyszę, że nic się nie stało, bo to sprawy personalne. Gdzie państwo byli, jak masowo wyrzucano dziennikarzy z mediów publicznych: wszystkich z wyjątkiem jednego?! – tłumaczył na forum PE prof. Ryszard Legutko, deputowany z frakcji ECR. – W dokumentach Komisji Europejskiej nie ma śladu informacji od polskiego rządu. Zupełnie jakbyście te wyjaśnienia wyrzucili do kosza. Skąd czerpiecie informacje? Z mediów? Jak powstaje dokument, na podstawie którego podejmuje się decyzje? Panowie, przyznajcie się, że jesteście z faktami na bakier! – mówił prof. Legutko do Fransa Timmermansa.

Co zrobi opozycja?

Spór pomiędzy Polską a Brukselą postawił w bardzo trudnej sytuacji niektórych eurokratów. Wiele wskazuje na to, że Bruksela użyła największych armat, zanim zorientowała się, o co w całej sytuacji dokładnie chodzi. Niestety, sprawa zaszła za daleko i teraz komisarzom trudno będzie się wycofać i przyznać do błędu. Spór może przerodzić się zarówno w konflikt polityczny, jak i czysto ludzki, ambicjonalny.

Reklama

Prawdopodobne jest, że źródło całego zamieszania leży nie w Brukseli, ale nad Wisłą. Struktury Unii Europejskiej są ostatnim bastionem partii, która w 2015 r. przegrała podwójne wybory w Polsce. W kuluarach PE często mówi się, że za decyzjami KE i debatą w Strasburgu stoją politycy Platformy Obywatelskiej. To podczas grudniowej wizyty Grzegorza Schetyny w Brukseli doszło do zakulisowych rozmów na ten temat. Skoro Platforma nie ma poparcia wśród wyborców w Polsce, to szuka go teraz w Brukseli. Choć oficjalnie politycy PO wycofali się z wyciągania sporu na arenę międzynarodową, to jednak wiadomo, że podsycanie konfliktu służy właśnie opozycji. Podczas pierwszej debaty Platforma przegrała wizerunkowo. Pytanie: Czy spróbuje zaatakować Polskę ponownie?

– Ta debata okazała się klęską Platformy Obywatelskiej, która nie potrafiła się zdecydować, jakie stanowisko zająć podczas dyskusji – uważa socjolog dr Tomasz Żukowski.

Niestety, ostatnie rozmowy Beaty Szydło z opozycją nie rokują najlepiej. Szefowie klubów PO i .Nowoczesnej postawili ultimatum prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Ma on odebrać ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy zostali wybrani przez Platformę Obywatelską. Nie przyjęto kompromisowej propozycji rządu, aby opozycja wybrała do TK większość – 8 sędziów, a PiS tylko 7.

„Żelazna dama”

Debata w Strasburgu nie dotyczyła sytuacji w Polsce. Było to starcie dwóch wizji Unii. Polska reprezentowała Europę suwerennych i solidarnych państw, a Komisja Europejska chce tę suwerenność uzależnić od swoich komisarzy.

Debata przyniosła jednak efekt, którego nikt nie przewidział – zmieniła się antypolska narracja w zachodniej prasie. Oczywiście, lewicowe tytuły są dalekie od zachwytu nad wystąpieniem premier Szydło, ale zeszły o kilka tonów niżej w krytykowaniu Warszawy. Nawet w niemieckiej prasie można było przeczytać, że sprawa jest niepotrzebnie „nadmuchana”, tak jakby UE nie miała większych problemów. „Niemieccy dziennikarze piszą o końcu świata u sąsiadów, jakby u nich samych nie było wystarczająco wielu problemów” – podkreśla autor komentarza w „Die Zeit”.

Trafnie debatę ujął publicysta belgijskiego dziennika „Le Soir”. Napisał, że w Strasburgu zderzyły się dwie koncepcje europejskiej demokracji – zgodnie z pierwszą partia, która ma w parlamencie bezwzględną większość, ma prawo przeprowadzać zmiany, jakie uważa za stosowne; druga mówi, że nawet w takim przypadku obowiązują unijne ograniczenia. Beatę Szydło dziennikarz „Le Soir” nazwał „nieugiętą żelazną damą”, która podczas debaty w sposób zdecydowany broniła działań swojego rządu.

2016-01-27 09:07

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Służba, misja, dobro wspólne

Niedziela Ogólnopolska 23/2013, str. 13-15

[ TEMATY ]

polityka

Dominik Różański

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Czy często patrzył Pan w oczy panu premierowi, Panie Ministrze? JAROSŁAW GOWIN: – Nie. Nie tylko dlatego, że nie należałem do grona jego bliskich współpracowników, ale też, mówiąc szczerze, nie bardzo interesowało mnie to, co pan premier myśli na temat moich działań. Miałem postawione w exposé jasne zadania: zreformować sądy i poszerzyć wolność gospodarczą. Robiłem to z taką determinacją, na jaką tylko było mnie stać, ale nie konsultując szczegółów. – A premier Tusk, tłumacząc dziennikarzom Pana dymisję, mówił: „Gdy patrzyłem głęboko w oczy ministrowi Gowinowi, odnosiłem wrażenie, że jest już gdzie indziej...”. Właściwie można chyba powiedzieć, że przez cały czas swego uczestnictwa w rządzie Donalda Tuska był Pan gdzie indziej... – Byłem gdzie indziej przede wszystkim w tym sensie, że zajmowałem się konkretnymi sprawami. Starałem się wprowadzać zmiany w sądownictwie, zmiany w prawie gospodarczym, takie, które służą obywatelom. Może dlatego miałem mniej czasu niż pan premier, żeby wpatrywać się głęboko w czyjekolwiek oczy. – Jako minister od początku był Pan na cenzurowanym. Aż w końcu musiał Pan odejść z rządu z powodu „przesadnej ekspresji swego światopoglądu”. Tak uzasadniał to premier, jednocześnie zaznaczając, że zwalnia Pana nie za światopogląd... Co – Pana zdaniem – było pierwszą i główną przyczyną dymisji? – O tym, że zostanę odwołany, byłem pewien już od głosowania w sprawie związków partnerskich i od sejmowej polemiki między premierem a mną na ten temat. Bezpośrednim pretekstem dymisji była też sprawa światopoglądowa, czyli moja wypowiedź na temat „eksportu” nadliczbowych zarodków z polskich klinik in vitro do Niemiec. A tak naprawdę przyczyny były znacznie szersze. – Chodzi o całokształt Pana działań, przeniknięty „zbyt” wyrazistą i niezłomną ideowo postawą polityczną? – Chodzi o to, że ja inaczej pojmuję politykę niż Donald Tusk, inaczej więc formułowałem priorytety rządu. Uważam, że dużo mniej wagi powinniśmy przywiązywać do sondaży i do tego, co napisze o nas „Gazeta Wyborcza” albo co usłyszymy o sobie w TVN, natomiast bardziej powinniśmy się wsłuchiwać w głosy normalnych Polaków. – Dziś już wiemy, że rząd Donalda Tuska robi to rzadko i tylko okazjonalnie. A Pan się wsłuchiwał? – Tak, starałem się. Jako minister odbyłem grubo ponad 100 spotkań we wszystkich częściach Polski. Proszę mi wierzyć, nigdy nie zdarzyło się podczas tych spotkań, żebym był pytany o problem instytucjonalizacji paramałżeństw homoseksualnych. Ten problem dotyczy może kilkuset, może kilku tysięcy ludzi w Polsce. Polacy martwią się natomiast o miejsca pracy, martwią się, że ich dzieci w poszukiwaniu pracy muszą emigrować. Martwią się o stan służby zdrowia i o stan polskich sądów, gdzie na decyzje trzeba czekać często długie lata. Martwią się o swoje przedsiębiorstwa – o swoje małe i średnie firmy. – Twierdzi Pan, że politycy, zwłaszcza ci rządzący, nie znają tych zmartwień Polaków, nie przejmują się nimi? A może są po prostu bezradni? – Nie chcę tu oceniać innych, ale wiem, że dziś w Polsce każdy polityk, który uczciwie podchodzi do swojej pracy, powinien np. koncentrować się na tworzeniu jak najlepszych warunków do działania dla małych i średnich przedsiębiorstw. Dlatego, że to dzięki nim powstaje najwięcej miejsc pracy. W roku 2011 one same stworzyły ich aż 85 proc. A ponadto wytwarzają większość PKB, czyli tak naprawdę to one są kołem zamachowym rozwoju polskiej gospodarki. Bardzo ważne jest także to, że są to polskie przedsiębiorstwa. – Przyznaje Pan jednak, że rządzący bardzo mało dbają o polskie przedsiębiorstwa... – Niestety, tak, i to od lat 90. ubiegłego wieku. Trzeba było kryzysu, aby się przekonać, że pieniądz ma narodowość. Gdy zarząd koncernu Fiata miał do wyboru dochodową produkcję w Polsce albo ratowanie upadającego zakładu we Włoszech, to kierując się dobrze rozumianym patriotyzmem gospodarczym, zdecydował o ulokowaniu produkcji w swojej ojczyźnie. Tak samo dobrze pojętym patriotyzmem gospodarczym powinni kierować się polscy politycy, powinni robić wszystko, by wspierać polskie firmy. Starałem się tym zajmować w ramach kompetencji ministra sprawiedliwości. – Trudno jednak nie zauważyć, że właśnie w ostatnim pięcioleciu doszło do znacznych zaniechań w tej sprawie. – Na pewno tych działań było za mało. A mimo to w roku 2012 Bank Światowy uznał, że Polska jest globalnym liderem, gdy chodzi o tempo poprawy warunków do prowadzenia działalności gospodarczej. Ten awans w rankingu uzyskaliśmy dzięki działaniom, które podjąłem w Ministerstwie Sprawiedliwości. – Niewiele się o tym mówiło... – Media mainstreamowe koncentrowały się na atakowaniu mnie za sprawy światopoglądowe albo za deregulację lub reformę sądów, czym naruszałem interesy bardzo wpływowych grup zawodowych. Słychać więc było tylko krytyczny głos elit broniących swoich egoistycznych interesów. – A w dodatku w polityce panowała łatwa „filozofia ciepłej wody w kranie” zamiast potrzebnej jak powietrze, ale trudnej „filozofii reform”? – Pan premier od dawna głosi, że politycy powinni troszczyć się o „ciepłą wodę w kranie”, co znaczy, że powinni tylko administrować państwem bez wprowadzania głębokich reform. Moim zdaniem, „filozofia ciepłej wody w kranie” sprawdza się w czasach dobrego rozwoju gospodarczego, a zupełnie nie jest przydatna w czasie kryzysu. Dzisiaj potrzebujemy bardzo zdecydowanych działań, żeby polska gospodarka odzyskała ten tracony wyraźnie z miesiąca na miesiąc dynamizm rozwojowy. A po drugie – administrować można państwem, które jest dobrze urządzone... –... a w Polsce przez 20 lat nie udało się nam dobrze urządzić państwa... – To prawda. Polskie państwo jest fatalnie urządzone i wymaga bardzo głębokich reform. – Jakich przede wszystkim? – Jestem do dzisiaj przywiązany do programu, który współtworzyłem, czyli do programu IV RP. Jestem typowym PO-PiS-owcem. W roku 2005 szedłem do Senatu, co prawda z list PO, ale z poparciem PiS. Oprócz mnie takimi PO-PiS-owcami byli wtedy: Bogdan Borusewicz, Radosław Sikorski i prof. Ryszard Legutko... PO-PiS nie powstał, hasło IV RP zostało przez media skompromitowane... – I pogrzebane? – Samo hasło pewnie tak, ale składające się na nie treści pozostają w większości aktualne. – Czy kiedyś jeszcze możliwe byłoby odtworzenie ducha PO-PiS-u? – To jest już chyba zupełnie niemożliwe. Nie tylko ze względu na konflikt między liderami obu tych partii, ale również ze względu na to, że nasze elektoraty bardzo się poróżniły. Taka koalicja byłaby nieczytelna i dla wyborców PiS-u, i dla wyborców PO. Natomiast chciałbym bardzo, żeby istniał jak najszerszy obszar współpracy między tymi dwiema partiami w sprawach ważnych dla Polski. Bardzo jestem wdzięczny kolegom z PiS-u, że poparli moją ustawę deregulacyjną, w ten sposób odwołując się do wspólnych korzeni PO-PiS-owych. – O Pana obecności w rządzie Donalda Tuska mówiono, że jest znakiem nadziei powrotu PO do pierwotnego ideowego kształtu. Jednak dość szybko musiał Pan odejść... – Wcześniej, gdy wstępowałem do PO w 2007 r., to wciąż jeszcze można było ją uważać za partię konserwatywno-liberalną. – A już dawno taka nie jest? – Właśnie na ten temat między mną a premierem zaistniała poważna różnica zdań; ja uważam, że daleko odeszliśmy od źródeł. Nie jesteśmy ani tak wolnorynkowi, ani tak obywatelscy, jak powinniśmy być. Zbyt dużą rolę w partii odgrywa aparat partyjny. – I coraz mniej w niej konserwatyzmu światopoglądowego? – W swojej deklaracji założycielskiej Platforma powołuje się na Dekalog, mówi o ochronie tradycyjnej rodziny. Jak do tego ma się lansowanie paramałżeństw homoseksualnych? – A zgadza się Pan z opinią wygłoszoną przez Mariusza Błaszczaka z PiS-u, że Platforma steruje w stronę lewicy, a nawet lewackości? – Nie, nie jest to zarzut prawdziwy, ale prawdą jest, że PO systematycznie przesuwa się – najpierw na pozycje centrowe, a teraz w niektórych sprawach już na pozycje centrolewicowe. Ja wstępowałem do partii centroprawicowej i chciałbym, żeby PO ponownie taką partią się stała. – W którym momencie najbardziej poczuł Pan dyskomfort z powodu bycia w tak zmieniającej się partii? – To nie był jeden moment. Już w poprzedniej kadencji rządu często krytykowałem premiera. Do tego stopnia, że potem mówiono, iż bierze mnie do rządu, abym więcej nie krytykował. – Jednak nie został Pan w ten sposób „oswojony”... – Jak się okazało – jestem raczej z gatunku wilków niż piesków pokojowych… Jako minister wielokrotnie różniłem się w opiniach z premierem. I to nie tylko w sprawach światopoglądowych. Byłem np. jednym z dwóch ministrów – obok Waldemara Pawlaka – którzy zdecydowanie oponowali przeciwko „ozusowieniu” umów zleceń. Uważałem, że byłoby to klęską dla małych i średnich przedsiębiorstw. Na szczęście w tej sprawie nasz punkt widzenia zwyciężył. – Skoro PO tak bardzo się zmienia, przesuwając w stronę centrolewicową, to czy jest w niej jeszcze miejsce dla konserwatystów? – Przyszłość pokaże. Niedawno mój serdeczny przyjaciel John Godson – człowiek, który przybył z dalekiego kraju, jest wyznawcą innej religii, ma inny kolor skóry, a dziś zawstydza nas, Polaków, bo to on jest obrońcą polskich tradycji, przypomina nam, jak wspaniała jest polskość – powiedział, że jego dni w Platformie są policzone. Mamy więc świadomość, że jesteśmy na cenzurowanym, że konserwatywny elektorat odpływa od PO. – A Pan mimo to zamierza trwać w PO? Dlaczego? – Zamierzam stoczyć bitwę o to, żeby Platforma stała się na powrót partią konserwatywno-liberalną, a nie partią centrolewicową. Poważnie rozważam możliwość startu na przewodniczącego PO. Właśnie po to, żeby zmobilizować polityków skrzydła konserwatywnego i wyborców Platformy do walki o nasze ideały. – Będzie to nierówna walka, bo skrzydło liberalno-lewicowe jednak dominuje. – Platforma jest naszym wspólnym dziełem i wspólną własnością. Koledzy ze skrzydła liberalnego muszą mieć świadomość, że jeśli wypchną polityków konserwatywnych z Platformy, to tym samym stracą konserwatywny elektorat, a wtedy nie ma co liczyć na wygraną. – Premier powiedział, że wypuszcza Pana z klatki, żeby Pan mógł z nim konkurować o rząd dusz w Platformie. – Premier z niczego nie musiał mnie wypuszczać, bo przez cały czas byłem wolnym człowiekiem i dałem wiele dowodów, również panu premierowi, na to, że nikt mojej wolności sumienia mi nie ograniczy. Teraz jeszcze więcej jeżdżę po Polsce, spotykam się ze swoimi zwolennikami z Platformy i normalnymi obywatelami i szukam u nich inspiracji. Chcę czerpać z ich mądrości. Szukam też odpowiedzi na pytanie, czy działacze Platformy chcieliby, abym wystartował w wyborach na przewodniczącego partii. Decyzję o kandydowaniu podejmę po zmianie statutu, gdy jasne będą reguły rywalizacji. – Po dymisji mówiono też, że nareszcie Jarosław Gowin znalazł się na politycznej trampolinie. Zamierza Pan mocno się odbić? – Uważam, że swoją karierę zrobiłem poza polityką, przed rokiem 2005 pełniłem wiele ważnych funkcji. Do polityki nie poszedłem więc ani dla kariery, ani dla pieniędzy, zresztą w polityce nie ma uczciwych dużych pieniędzy... – Po co więc poszedł Pan do polityki? – Po to – przepraszam, jeśli zabrzmi to patetycznie – żeby służyć Polsce i Polakom. Oczywiście, nie ze wszystkiego, co do tej pory zrobiłem, jestem zadowolony, ale z dumą mogę powiedzieć, że tej postawy służby nigdy się nie wyzbyłem. – I misji? – Polityka jest misją, nie może być tylko zawodem, musi być powołaniem do tego, żeby działać na rzecz dobra wspólnego. – Tymczasem w polskiej polityce mamy deficyt powołania, misji, służby, myślenia o wspólnym dobru...? – Hm... Niestety, muszę potwierdzić te opinie, że w polskiej polityce trwa proces selekcji negatywnej. Wielu wybitnych polityków odchodzi, przykładem jest mój serdeczny przyjaciel Jan Rokita. Ale widzę też źródła optymizmu. Dla mnie np. bardzo wartościową grupą są samorządowcy, choć oczywiście nie wszyscy, bo czasem tkwią w patologicznych lokalnych układach i układzikach... – A jeśli jednak w PO zabraknie miejsca dla tzw. skrzydła konserwatywnego, to nie wyklucza Pan jakiegoś nowego bytu politycznego? – Dzisiaj ludzie o poglądach konserwatywno-liberalnych są rozproszeni w różnych partiach. Gdybym chciał powiedzieć o moim marzeniu za 20 lat, to jest nim właśnie spotkanie się tych wszystkich osób w jednej organizacji, bo wtedy byliby największą siłą polityczną w Polsce. – Czy, Pana zdaniem, w Polsce jest nadal dostatecznie dużo miejsca dla myśli konserwatywnej, mimo nacisków z zewnątrz i mimo wielkiego obecnie zagłuszającego wszystko szumu środowisk lewicowych? – Zdecydowanie tak. Wierzę, że centroprawica będzie kiedyś rządzić Polską przez wiele, wiele lat. – To sztormy światopoglądowe niszczą dziś polską politykę, skarży się premier Tusk. I to właśnie Pana – jeśli nie liczyć Jarosława Kaczyńskiego i PiS – media i koledzy z PO przedstawiają jako wielkiego burzyciela. – Nie przyjmuję tego zarzutu. Przecież to nie ja występowałem z lewicowymi projektami dotyczącymi paramałżeństw homoseksualnych. Przeciwnie – od początku tej kadencji mówiłem, żebyśmy się nie zajmowali tematami zastępczymi, ale żebyśmy się koncentrowali na gospodarce i naprawie państwa. Natomiast jeżeli ktoś próbuje narzucić Polakom zachodnie mody, ideologię politycznej poprawności, to oczywiście na to mojej zgody nie ma. To nie ja inicjowałem te spory; ja byłem w nie tylko wplątywany! – Kto je inicjował w Platformie? – Istnieje ogromny nacisk na Platformę ze strony lewicowo-liberalnych mediów. Do tego stopnia, że można powiedzieć, iż tak naprawdę zostałem odwołany przez „Gazetę Wyborczą”... Zbyt wielu polityków PO ulega tej presji ideologicznej poprawności. O tych sprawach też zamierzałem mówić w wewnątrzpartyjnej debacie, którą chciałem zainicjować przed przyszłorocznymi wyborami nowych władz Platformy. Ale po przesunięciu terminu wyborów już na lato wiadomo, że czasu na debaty programowe nie będzie. – Media, wspierane dzielnie przez Pana partyjnych kolegów, zarzuciły Panu, że ze zbyt wielkim zaangażowaniem – i zbyt wielkim przywiązaniem do własnych przekonań – zajmował się Pan sprawami światopoglądowymi i obyczajowymi, np. in vitro i związkami partnerskimi, które nie należały do Pana kompetencji jako ministra sprawiedliwości. – Po pierwsze, nieprawdą jest, że zajmowałem się tym, co do mnie nie należy. W sprawie związków partnerskich to premier wyznaczył mnie jako ministra, który ma reprezentować stanowisko rządu. I w tej debacie to ja reprezentowałem rząd z trybuny sejmowej, bo takie pełnomocnictwo dał mi premier. Zająłem się sprawą in vitro, ponieważ w ubiegłej kadencji premier zlecił mi przygotowanie ustawy bioetycznej, a w obecnej kadencji uczynił mnie ministrem współodpowiedzialnym za ratyfikację konwencji bioetycznej. Wchodząc w te tematy, realizowałem polecenia premiera. – Okazało się jednak, że niezgodnie z intencją premiera. Premier przyznał, że Pana poglądy w dniu dymisji są takie jak w dniu nominacji, a zatem chyba wiedział, czego może oczekiwać, powierzając Panu te zadania? – Mogę powiedzieć tylko tyle, że ja się nie zmieniłem. I pan premier musiał to wiedzieć, że nigdy nie zgodzę się na liberalną ustawę o in vitro, dopuszczającą tworzenie nadliczbowych zarodków. Nikt nie może oczekiwać ode mnie, że w sprawach bioetycznych zmienię swe stanowisko, że powodowany ideologią politycznej poprawności pójdę na niedopuszczalny kompromis. Zwłaszcza że czuję, iż mam w tym poparcie ze strony milionów normalnych Polaków. – Normalnych, czyli jakich? – Polacy są bardzo tolerancyjnym narodem. Nie widzę przejawów nietolerancji np. wobec homoseksualistów. Ale na szczęście ci normalni Polacy są też narodem zdrowym moralnie i trzymającym się zdrowego rozsądku. A to zdrowy rozsądek dyktuje, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny, a nie dwóch mężczyzn czy dwóch kobiet. Nie trzeba być nawet chrześcijaninem, wystarczy zdrowy rozsądek, by bronić konstytucyjnej definicji małżeństwa. – Z powodu nieprzejednania w kwestiach religijno-obyczajowych przypięto Panu łatkę politycznego „taliba”. To dla Pana bardzo obraźliwe? – W „Gazecie Wyborczej” już w poprzedniej kadencji przeczytałem, że jestem „ajatollahem” polskiej polityki. Ja nie wstydzę się swoich poglądów. Wprost przeciwnie! A jednym z moich celów jest zbudowanie takiej samej odwagi i dumy ze swoich poglądów u milionów Polaków, którzy dziś znajdują się pod ogromną presją mediów, pod tak wielkim naciskiem ideologicznej poprawności, że często boją się mówić otwarcie to, co naprawdę myślą. – A tak naprawdę to wolą nie myśleć... – Taki może być efekt ideologicznej cenzury, jaką mamy dziś w Polsce. Trzeba więc wspierać tych wszystkich, którzy nie boją się trzymać zdrowego rozsądku i chrześcijańskich zasad. – I cóż, Panie Ministrze, z tej pięknej nieugiętości, skoro właśnie mamy rozporządzenie premiera o refundacji zabiegów in vitro w ramach programów zdrowotnych? – Pozostaję w przekonaniu, że sprawy bioetyczne powinny być uregulowane ustawowo. Czy ten program finansowania jest zgodny z konstytucją, ocenią konstytucjonaliści. Zdania są podzielone. * * *
CZYTAJ DALEJ

Modlitwa św. Jana Pawła II o pokój

Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.
CZYTAJ DALEJ

Japonia: liczba stulatków po raz pierwszy przekroczyła 100 tys.

2026-09-15 10:11

[ TEMATY ]

Japonia

Adobe Stock

Liczba stulatków w Japonii po raz pierwszy w historii przekroczyła 100 tys., osiągając 107 677 osób - przekazało we wtorek ministerstwo zdrowia. To 56. rok z rzędu, w którym odnotowano wzrost tej grupy wiekowej. Władze w Tokio stoją przed wyzwaniem utrzymania wydolności systemu opieki nad starzejącym się społeczeństwem.

Szef resortu zdrowia Kenichiro Ueno wyraził zadowolenie, że „wielu ludzi żyje dłużej i pozostaje aktywnych, częściowo dzięki postępowi w technologii medycznej”. Zaznaczył jednak, że „w miarę starzenia się społeczeństwa niezwykle ważne jest, aby system zabezpieczenia społecznego był zrównoważony”.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję